sobota, 24 grudnia 2011

Świąt Wesołych!

Najmilsze i Najmilsi! 
Z okazji Świąt Bożego Narodzenia chciałabym życzyć Wam wszystkiego najlepszego, zdrowia, spełnienia marzeń, mnóstwa prezentów pod choinką, abyście docierali do każdego celu, który sobie założycie, wspaniałych ludzi wokół siebie i mnóstwa pięknych podróży literackich, a także spokoju w sercach.
Tego wszystkiego życzę Wam ja, Rapsodia. :)

czwartek, 1 grudnia 2011

"Niewinność zagubiona w deszczu" Eduardo Mendoza



Zakonnice są różne. Trzy lata w szkole katolickiej przysporzyły mi pewnego rozpoznania w tej materii. Są siostry miłe, „na luzie” ale też sztywne i nieprzyjemnie. Ale chyba  zgodzi się każdy, że pod słowem „niewinność” obok białego baranka można ustawić siostrę zakonną. Niektórzy są zdania, że niewinności utraconej raz nie można już więcej odzyskać. Cóż, ja się z tym nie zgodzę. Myślę, że czystość można w sobie odnaleźć nawet po wielu upadkach w błoto. Sądzę, że „Niewinność zagubiona w deszczu” potwierdza moje słowa, a Eduardo Mendoza po raz kolejny udowadnia mistrzostwo swego pióra.
Siostra Consuelo to bardzo młoda i ambitna przeorysza. Razem z innymi siostrami prowadzi szpital na hiszpańskiej prowincji. Niedaleko jednak buduje się nowy, bardziej nowoczesny ośrodek. Siostra Consuelo chce otworzyć w starym budynku dom spokojnej starości. Brak funduszy zmusza przeoryszę do podjęcia radykalnych kroków i udania się po pomoc finansową do miejscowego bogacza, don Augusta. Czy zakonnica zdoła i będzie chciała uchronić swą niewinność przed kuszącymi ustami młodego utracjusza? Równolegle do burzy uczuć dwojga ludzi, rozgrywa się inna burza, równie groźna, lecz owocna dla zakonu.
Nie znajdziemy w tej historii wielu bohaterów. Są oczywiście poboczne postaci, dzięki którym kurtyna pozostaje ciągle w górze, ale głównymi bohaterami są siostra Consuelo, don Augusto i pewien rozbójnik. Trzeba przyznać, że Eduardo Mendoza postarał się przy kreowaniu tej trójki, można bowiem zrobić im zdjęcia, tak bardzo są wiarygodni. Dodatkowo są oni postaciami na tle historycznym, bo przecież straszliwe powodzie pustoszące Katalonię miały miejsce naprawdę..
Eduardo Mendoza równie dobrze mógłby pisać o niczym, a i tak większość czytelników uznałaby jego wywody za wciągające . Akcja „Niewinności zagubionej w deszczu” toczy się powoli, z nogi na nogę, a jednak z trudem odrywałam się od lektury. Styl autora można przyrównać do kroków tancerki baletowej, jest tak lekki i pełen wdzięku.
Książkę tę przeczytała także moja mama, która jest tego samego zdania co ja, że warto ją przeczytać. Nie zawiera w sobie moralizujących przesłań, mówi o ludzkich słabościach, nie wytyka palcem. Naprawdę warto po nią sięgnąć choćby po to, by słowem pisanym zapełnić pustkę długich wieczorów.  

wtorek, 22 listopada 2011

"Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" Mario Vargas Llosa






Wbrew pozorom gminne biblioteki bywają- co tu dużo mówić- opasłe.  Obrastają tłuszczem w skład którego wchodzą same sypiące się pozycje. Ale bywa i tak, że na głównej półce prężą się dumnie nowości wydawnicze lub – uwaga!- pozycje noblistów. I to nie byle jakich, bo jednych z najnowszych. Tak oto wpadł wy w moje ręce nieco ponad czterystustronicowe „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki”. Czaiłam się na nie już od dawna, wiec kiedy je zobaczyłam, bez zastanowienia porwałam je do domu.
W wieku nastu lat można oszaleć na punkcie dwóch chilijeczek pojawiających się znienacka w dzielnicy Miraflores w Limie. Tym bardziej, jeśli jest się chłopcem. W sieć Lily wpada Ricardo, „zabujany na całego”. Chadzają do kina i mimo że nie całują się tak jak starsze pary, wszyscy myślą, że ze sobą chodzą. Kilka lat później Ricardo spełnia swoje marzenie i zamieszkuje w Paryżu jako tłumacz. Na jego drodze staje wciąż ta sama kobieta w  różnych wcieleniach: towarzyszka Arlet, Madame Arnoux, Mrs. Richardson, Kuriko. On wciąż ją kocha, a ona traktuje go jak rozrywkę. I tak przez pięćdziesiąt lat. Wszystko byłoby zwykłym romansem, gdyby nie mistrz Llosa, który przedstawia fragment historii rewolucjonistów peruwiańskich, paryskie rewolucje lat 60. i lata 70. w Londynie. To wszystko razem daje nam wspaniałą powieść w stylu Emila Zoli!
Lektura nie jest łatwa. W drodze ku końcowi na czytelnika czyha pokusa odłożenia książki ze względu na jej „ciężar”- tradycyjna narracja bywa monotonna. Autor w opisach jest bezpruderyjny, odsłania całą prawdę o miłości, namiętności i seksie. Bardzo podobało mi się jego podejście do uniesień duchowych i cierpień, które było łagodne i pełne subtelności. Llosa wyznaje, że to jego pierwsza powieść o miłości, jedyna, w której jest ona głównym tematem.
Warto zwrócić uwagę nie tylko na historię rodem z przyrodniczego programu o modliszkach ale także na przyjaźń  z tragicznym finałem, która to przewija się przez całe życie Ricarda. Poza tym bohaterowie Llosy są godni podziwu, bardzo wiarygodni psychologicznie. Zwłaszcza postać Otility jest stworzona po mistrzowsku i warto wziąć ją na warsztat analizatorski.
Llosa zaskakuje mnie po raz drugi swoim błyskotliwym piórem, które szybko wciąga w nurt wydarzeń. „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” to jedna z tych książek, które zostają w pamięci czytelnika na długo. Naprawdę warto zapoznać się z tą pozycją nie tylko ze względu na ciekawą historię, ale także na kunszt autora.


Jejku, jak mnie dawno tu nie było! No cóż, mam na swoje usprawiedliwienie tylko to, że zaczął się dla mnie nowy etap w życiu- liceum. ;) Jak ja kocham nowe piórniczki, kredeczki (chociaż już jestem na nie trochę za stara), książki i tym podobne duperele. Znalazłam sobie nawet nowe hobby na tę okoliczność- zaczęłam pstrykać fotki. No i przy tym zaniedbałam recenzje. Ale od dziś to się zmienia, i ruszam prężnie do boju! ;)

Recenzja stara, bo jeszcze z wakacji.

środa, 3 sierpnia 2011

"Trucicielka" Eric-Emmanuel Schmitt




Słysząc nazwisko Erica Emmanuela Schmitta, przed oczami przez długi czas stawała mi tylko jedna książka- „Oskar i pani Róża”.  Moja znajomość z tym autorem zaczęła się dzięki mojej polonistce, która poprosiła mnie i moich przyjaciół o przerobienie „Oskara i pani Róży” na scenariusz teatralny.. Pewnie moja przygoda ze Schmittem  zakończyłaby się rychło, gdyby nie moja mama, która podsunęła mi „Marzycielkę z Ostendy”. Długo nie musiała mnie zachęcać. Następną książką francuskiego pisarza, jaką pochłonęłam była „Ewangelia według Piłata” i jest to chyba jedna z moich ulubionych książek. Z opowiadaniami Schmitta spotykam się po raz drugi w „Trucicielce”, która raczej mnie nie urzekła, ale pozwoliła na kilka miłych godzin po prostu odpłynąć.
Urodziła się w Rocca Pocena we Włoszech i jest patronką w sprawach beznadziejnych. Św. Rita, bo o niej mowa, od dziecka kochała modlitwę, praktykowała umartwienia, odmawiała sobie wszystkiego, nawet pożywienia, by móc wspierać obficiej ubogich. Jej pragnieniem było wstąpić do klasztoru, lecz ulegając woli rodziców wyszła za mąż aby stać się wzorem i przykładem dla mężatek i matek. Odmieniła swą łagodnością porywcze serce męża i w chwili w której pojednał się z Bogiem, został zamordowany. Dwaj synowie chcieli pomścić śmierć ojca, jednak dzięki modlitwom matki przebaczyli zabójcy i wkrótce zmarli. Rita postanowiła wtedy wstąpić do klasztoru, lecz dwukrotnie jej odmówiono. Dopiero kiedy pewnej nocy ukazali się jej trzej święci (św. Jan Chrzciciel, św. Augusty i św. Mikołaj z Tolentino) i otworzyli przed nią bramy klasztoru, siostry Augustynki zgodziły się ją przyjąć. Po jej śmierci miały miejsce liczne cuda. Św. Rita stała się inspiracją dla wielu artystów, między innymi dla Erica Emmanuela Schmitta, którego opowiadania zawarte w „Trucicielce” spaja właśnie postać tej świętej.
Sprawy w jakich podejmuje się Schmitt w swojej najnowszej książce są rzeczywiście beznadziejne. Tytułowa bohaterka to starsza kobieta zafascynowana młodym księdzem. Przed laty popełniła ona zbrodnie do których nie chce się przyznać. Druga historia opowiada o marynarzu, który powracając do domu dowiaduje się, że jedna z jego córek nie żyje, nie wiadomo jednak która. Trzecie opowiadanie jest o dwóch muzykach, których losy przeplatają się ze sobą. Porównywani są do Kaina i Abla, jednak z czasem ofiara zamienia się w kata. Ostatnia opowieść mówi o dojrzałej miłości pewnej pary prezydenckiej. Poza tym dla wytrwałego czytelnika  czeka na końcu pamiętnik autora, w którym opisuje między innymi uczucia jakie towarzyszyły mu przy pisaniu kolejnych opowiadań.
„Trucicielka” zawiera w obie proste opowieści. Nie ma tu skomplikowanych opisów, wielu elementów, a jednak historie są ciekawe. Należy pamiętać, że opowiadanie to prawdziwe wyzwanie dla autora- musi on w paru słowach streścić cały świat bohaterów.

„Opowiadanie jest szkicem powieści, powieścią, z której wykreślono wszystko, co zbędne.*

Moje ulubione opowiadanie z tej książki, to chyba „Trucicielka”. Opowiada ona nie tylko historię pewnej fascynacji, ale także pokazuje, że człowiek i jego forma ma moc sprawczą. Marie to nie tylko obraz pewnej zbrodniarki, ale także kobiety, którą pociąga dobroć i niewinność.
Kończąc, styl autora jest tak samo dobry, jak w innych jego książkach, ale zabrakło mi iskierki, dzięki której mogłabym powiedzieć „rewelacja”. Jak zwykle jest tu trochę patosu, trochę religijnego podejścia do spraw. Ale książka ta nadaje się niewątpliwie na długie, deszczowe wieczory, ot tak, dla odprężenia.
* "Trucicielka" Eric Emmanuel Schmitt, Znak litera nova, Kraków 2011, str. 237

Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak litera nova. 

Jak Wam wakacje mijają? :) Bo mi baaardzo leniwie, nawet recenzje wypluwam z siebie resztkami sił. ;) Buziaki!

niedziela, 26 czerwca 2011

"Listy w niebieskich kopertach. Moja korespondencja z Aniołem"





Ostatnimi czasy na rynku wydawczym pojawiło się mnóstwo książek o aniołach. Większość z nich przeznaczona jest dla młodzieży, rzadko kto sięga po „dojrzałą” literaturę o podobnym temacie. „Listy w niebieskich kopertach” Grzegorza Sokołowskiego to korespondencja Człowieka i Anioła. Zawarte są w niej wskazówki jak przyjmować życie, jak radzić sobie z bolesnymi doświadczeniami. Aby nie przestraszyć potencjalnego czytelnika warto podkreślić, że książka ta wolna jest od wszelkiego umoralniania i truizmów, nie ma tu nakazów i zakazów wprost z ambony.
We współczesnym życiu zrodziło się przekonanie, że człowiek rodzi się i umiera sam, samotnie pokonuje ścieżkę życia i samotnie dociera do jej kresu. Nasze istnienie zamienia się w instynktowne dążenie do zaspokojenia podstawowych potrzeb, media napędzają karuzelę konsumpcjonizmu. Grzegorz Sokołowski pokazuje w swojej książce, że można inaczej. Wyodrębnia ze zwykłej, szarej rzeczywistości elementy, które na co dzień nie są przez nas zauważane. W listach Człowiek wspomina o deszczu, o spacerze po lesie i o urlopie, czyli o tym, co każdego z nas na Ziemi spotyka. Anioł wyjaśnia, podkreśla niezwykłość rzeczy zwykłych i skłania czytelnika do zatrzymania się, zastanowienia nad każdą drobiną, która go otacza. Ludzie mają tendencję do traktowania wszystkiego zbyt ogólnie, a przecież bez najmniejszego elementu układanka byłaby niepełna.

„Zwykłe drzewo czasami jest bliższe człowiekowi niż drugi człowiek”.*

Pomimo stylu biblijnych listów, całość jawi się czytelnikowi jako przyjemna podróż przez cudze listy. Książkę czyta się szybko, należy jednak pamiętać, że nie jest to łatwa lektura. Wymaga od czytelnika skupienia i refleksji. Warto czytać coś jeszcze w trakcie, aby mieć świeże spojrzenie na niektóre fragmenty. Z początku czułam się nieco skrępowana „przeglądając” nie swoją korespondencję, z czasem jednak zaczęłam traktować ją jak własną. Takie właśnie są „Listy w niebieskich kopertach”- uniwersalne, własne, czytelnik w pewnym momencie zaczyna utożsamiać się z korespondentem Anioła. Forma listów jest modlitwą, rozmową z Pierzastym Stróżem, niekiedy bardzo emocjonalną i poufną. Brak tu oficjalnej formy, jest za to przyjacielska relacja. Każdy człowiek, a przynajmniej katolik, powinien uświadomić sobie obecność Anioła Stróża, który idzie obok nas, nie za nami czy przed nami. Od nas zależy dokąd się udamy, od niego zaś aby nasza dra była jak najmniej niebezpieczna.
W listach nie brakuje humoru. Autor niejednokrotnie wyśmiewa funkcjonowanie współczesnego świata. Należy pamiętać, że osoby szukające w tej książce fantastycznych ustępów się zawiodą, bowiem jest to lektura jak najbardziej realistyczna, pełna wskazówek i drogowskazów. Anioł odpowiada na nurtujące niemal każdego człowieka pytania. „Listy w niebieskich kopertach” emanują ciepłem i nadzieją. Autor nie boi się niebezpiecznych tematów jak na przykład śmierć czy przemijanie.

„W świecie pełnym skandalu staraj się być skandalicznie dobry.”*

„Listy w niebieskich kopertach” to doskonała lektura na rozpoczynające się wakacje. Dostarcza przemyśleń i refleksji, a jeśli któryś list okaże się zbyt ciężki, można go śmiało pominąć i wrócić kiedy okaże się to możliwe. Książka Grzegorza Sokołowskiego jest przeznaczona nie tylko dla osób wierzących- nadaje się również dla wyznawców innej wiary, a także dla ateistów, którzy mimo wszystko chcą zgłębić swoją wiedzę na temat życia katolików. Książka jak najbardziej dla młodych ludzi, bez „przynudzania”!

*”Listy w niebieskich kopertach. Moja korespondencja z Aniołem” Grzegorz Sokołowski, Esprit, Kraków 2011, str. 56
*str.34

niedziela, 12 czerwca 2011

"Bornholm, Bornholm" Hubert Klimko-Dobrzaniecki



Jak dobrze mieć dostęp do nowości wydawniczych! Wybierając pozycję do zrecenzowania kierowałam się opisem wydawnictwa i wyszło mi to na dobre. Hubert Klimko-Dobrzaniecki to pisarz, filmowiec i filozof nowego pokolenia. Pomimo młodego wieku ma już na swoim koncie sporo sukcesów- nominowany do Nagrody Literackiej Nike, Literackiej Nagrody Europy Środkowej- Angelus oraz do Nagrody Mediów Publicznych Cogito. W 2007r znalazł się na liście kandydatów do Paszportu „Polityki”. Publikował opowiadania w „Studium”, „Czasie Kultury”, „Twórczości”, „Lampie” i „Portrecie”. Sam Klimko-Dobrzaniecki na pytanie „co go tak gna po świecie” odpowiada, że to, co go wygnało to ciekawość i marzenia. Aktualnie mieszka w Australii, a jego podróże dostarczają mu wciąż nowych inspiracji (pracę pielęgniarza w domu starców w Islandii opisał w „Domu Róży”). Warto zerknąć na YouTube i obejrzeć wywiady z tym autorem- jeśli ktoś nie lubi tego typu rozrywki natomiast przepada za dobrym dowcipem, powinien mimo wszystko zapoznać się ze spotkaniem z autorem w Krakowie, na przykład. J
Powieść „Bornholm, Bornholm” ukazała się 2 lutego nakładem wydawnictwa Znak. Niezbyt obszerna, bowiem zapisana na 243 stronach, niesie w sobie opowieść prowadzoną na dwóch płaszczyznach narracyjnych. Na pierwszej z nich rozgrywa się historia Horsta Bartlika, niemieckiego nauczyciela biologii w pewnej małej szkole, którego nudne i monotonne życie przerywa wybuch Drugiej Wojny Światowej zabierającej bohatera w podróż. Czterdzieści lat później,  młody mężczyzna czuwa przy łóżku chorej matki i opowiada jej historię swojego życia. Swoją opowieść traktuje jako ostateczne pożegnanie się ze wspomnieniami oraz wyrzutami w kierunku nadopiekuńczego rodzica. Dwie równolegle opisywane historie łączy motyw wojny, duszącej jak bluszcz miłości do dziecka i nie tylko.
Głównym zagadnieniem poruszanym przez autora jest wojna tocząca się w rodzinach bohaterów. Ognisko domowe Horsta Bartlika zdaje się być już dawno wygasłe, jego męskość została wkopana pod popiół przez jego żonę, która narzuciła mu listę absurdalnych roszczeń. Wojna, która wybuchnie wkrótce daje szansę Horstowi na odzyskanie męskości i znalezienie miłości. W rodzinie bezimiennego bohatera także rozgrywa się wojna, pomiędzy wspomnieniami, które ranią, a aktualną niedolą matki. Dzieciństwo mężczyzny od zawsze tłamszonego przez wychowującą go samotnie matkę, rzuca się cieniem na jego dorosłe życie. Tytułowa wyspa Bornholm położona w południowo-zachodniej części Bałtyku, staje się klamrą, która spina dwie historie w jedną.
Styl autora sprawia, że czytelnik leniwie przetacza się przez kolejne strony. Mimo, że „Bornholm, Bornholm” posiada konsystencje smoły, aż chce się szybko przez nią przepłynąć. Od książki bije specyficzny klimat, autor nie wplata w akcję sentymentów, tęsknot i innych głębokich uczuć, w każdym razie nie nazywa ich wprost. Czytelnik sam musi uciec się do swojej wrażliwości i wyciągnąć wnioski kto jest oprawcą,  kto ofiarą- i czy istnieje w ogóle w rodzinie taki podział.
 Uważam, że „Bornholm,Bornholm” to przykład bardzo dobrej, polskiej prozy. Warto zapoznać się z tą pozycją jeszcze przed wakacjami, ażeby nie zaprzątać sobie w ich trakcie głowy ciężkimi tematami.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak.
Pod tym adresem http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,2912,tytul,Bornholm.%20Bornholm można posłuchać ciekawego wywiadu z autorem książki. 
Wyszłam ze szpitala! :)

sobota, 28 maja 2011

"Miłośnica" Maria Nurowska



Nie sądziłam, że na szpitalnym łóżku do gustu przypadną mi biografie, a konkretnie jedna- „Miłośnica” Marii Nurowskiej, wydana po raz pierwszy w 1982 roku. Jest to najwyższy dowód na to, że tę książkę można czytać wszędzie, że nie męczy i należy raczej do zbioru lektur opatrzonych naklejką „w miarę lekkie”. Nurowska po raz pierwszy przybliżyła mi postać Krystyny Skarbek. Przyznam szczerze, że boję się biografii- sięgnęłam kiedyś po historię życia Ojca Pio (wszystkie niedokończone książki „snują się” za mną oprócz tamtej). Z „Miłośnicą” sprawa wygląda zupełnie inaczej, bowiem sama autorka przyznaje, że sfabularyzowała nieco życie polskiej szpieg. Prawie wszystkie postacie poza narratorką i jej przyjacielem są prawdziwe, niektórym jednak zmieniła nazwiska.  Dialog z Andrzejem Kowerskim oraz dzienniki Krystyny są fikcją literacką i sądzę, że warto o tym pamiętać (całe szczęście Nurowska przyznaje się do tego, bowiem w przeciwnym razie „palnęłabym” coś w towarzystwie ;)). Autorka opierała się na opowieściach swojego ojca o Krystynie, a także na fragmentach nieprzetłumaczonej na język polski książki Madeleine Masson „Christine”.
„Miłośnica” obfituje w masę ciekawych anegdot, fragmentów artykułów prasowych i wypowiedzi znajomych Krystyny. Przyznaję, że ze zniecierpliwieniem przekładałam kolejne strony aby poznać dalsze losy jednej z najbardziej intrygujących polskich postaci Drugiej Wojny Światowej. Wprawdzie z początku ciężko było mi się wgryźć w fabułę, ponieważ zaczyna się, moim zdaniem, nieco chaotycznie. Autorka niemal od razu rusza „z kopyta”. Mimo wszystko uważam, że zabieg ten jest udany z uwagi na to, że w książce nie występuje suche przedstawianie postaci. Wprawdzie czytelnik ma nieco mniejsze pole do wyciągania wniosków, ale w „Miłośnicy” brakuje notek encyklopedycznych za co należą się ukłony w stronę autorki. Co do wspomnianych wcześniej anegdot, mam pewne wątpliwości co do ich autentyczności, ale jeśli naprawdę można wierzyć w tej kwestii temu, co jest napisane w książce, to naprawdę mamy kim chwalić się za granicą, tym bardziej, że między innymi Brytyjczycy wiele zawdzięczają Christine Granville.
Gdybym miała określić jednym słowem styl Marii Nurowskiej, powiedziałabym, że jest zgrabny. Może to niezbyt trafne porównanie ale uczucie towarzyszące wertowaniu tej biografii przypomina to samo co podczas przeglądania książek Agaty Christie. Trafne porówniania i gładkie przejścia trafiają do czytelnika, sprawiając, że nie jest on w stanie się nudzić. Uwaga!- dobrym pomysłem nie jest czytanie tej książki w łóżku, ponieważ zasypiając można zgubić wątek. Są lektury, które nie wymagają wielkiej „przyczepności”, ale akurat ta do tych nie należy.
Okładka, moim zdaniem, piękna. Kolory bardzo mi się podobają. No i to zdjęcie jest zniewalające. Podobno Krystyna nie grzeszyła urodą, ale jej oczy posiadały błysk z rodzaju tych, które przyciągają do siebie mężczyzn. Przeglądając zdjęcia Krystyny w Internecie, nabrałam przekonania, że nie tylko w jej oczach było coś, ale w uśmiechu również. Jeżeli jesteście ciekawi, zapraszam do zajrzenia w Google. ;)
Słowem zakończenia- naprawdę książka godna polecenia. Bardzo cieszę się, że uczestniczę we „Włóczykijce”- dla takich książek warto zapisać się do akcji! 

Książka z akcji Włóczykijka przekazana przez Księgarnię Matras

Jeszcze w szpitalu, ale to już końcówka. :))

piątek, 29 kwietnia 2011

Informacja

Kochani
jestem w szpitalu, więc recenzje jak narazie nie będą się ukazywać. Wypadek nie był z mojej winy, tak więc proszę się na mnie nie gniewać. :)

wtorek, 29 marca 2011

"Biały zamek" Orhan Pamuk


Statek płynący z Wenecji do Neapolu przechwytują Turcy. Część załogi zostaje pojmana, a część stracona.  Wśród ocalałych znajduje się młody i wykształcony Wenecjanin, któremu udaje się przetrwać i zyskać rozgłos dzięki temu, że udaje lekarza. Trafia na dwór królewski, gdzie staje się niewolnikiem doradcy sułtana, Hodży. Relacje pan-niewolnik zastępuje przyjacielska więź, razem wybawiają Stambuł od dżumy, a wkrótce zamieniają się miejscami i nikt już nie wie, czy Hodża jest Turkiem czy Wenecjaninem, a tożsamości ich obu zaczynają się ze sobą mieszać.
Czytając „Biały zamek” miałam nieodparte wrażenie, że przedzieram się przez jakąś egzotyczną baśń, od których uginają się półki mojej domowej biblioteczki. Książka Orhana Pamuka posiada gwarny, zatłoczony klimat Stambułu, który nawet bez wyjątkowo rozwiniętych opisów, działa na wyobraźnię czytelnika i pozwala przenieść mu się do jednego z największych miast świata. Niekiedy ciężko było mi się zorientować w tureckich nazwach, ale liczne przypisy jako tako rozświetlają ciemność panującą w umyśle przeciętnego czytelnika, takiego jak ja. Ciekawych obcych języków na pewno ucieszy fakt, że na końcu książki znajduje się wkładka objaśniająca wymowę niektórych głosek tureckich w języku polskim- zabłyśnięcie w towarzystwie gwarantowane! :) Chociaż ja do teraz nie mam pojęcia, jak prawidłowo wymawiać imię i nazwisko pisarza.
Co do samej fabuły, to muszę przyznać, że niejednokrotnie gubiłam się w niej. Byłam już bliska określenia siebie mianem niezbyt bystrej, ale sam autor wyjawia, że nie wie kto tak naprawdę spisał „Biały zamek”- Hodża czy Wenecjanin. Przyznam szczerze, że odetchnęłam z ulgą po przeczytaniu tego wyznania. Dla wielbicieli wyraźnych zakończeń, które rozwiewają wszelkie wątpliwości co do bohaterów i wydarzeń, nie jest to dobra pozycja, ponieważ pozostawia w czytelniku wiele nierozstrzygniętych i irytujących pytań, a największym z nich jest oczywiście „kto jest kim?!”. Trzeba zaznaczyć, że to zagadnienie ma też głębsze podłoże, bowiem autor za pomocą postaci Hodży i jego niewolnika chciał pokazać, że tak naprawdę ludzie z różnych zakątków świata wiele się od siebie nie różnią. Wszędzie na ziemi mężczyźni i kobiety zadają sobie takie same pytania, mają takie same rozterki, ale ujmują je w nieco inny sposób, zgodnie z kulturą, jaka ich wychowała. A porozumienie się wcale nie jest tak trudne, jak by się mogło wydawać.

„Czy perspektywa dogłębnego poznania się nawzajem nie jest kusząca? Poddać się czarowi kogoś, kto zna najmniejsze drgnienie naszej duszy, to jak pokochać senny koszmar.”*

Ciekawy jest też tytułowy Biały Zamek, który poznajemy dopiero na samym końcu opowieści. Nie tylko wydarzenia z nim związane wydają się interesujące, ale sama lokalizacja także. Swoją drogą, czy Wy też skaczecie z radości, kiedy w książce zagranicznego autora przeczytacie chociażby najmniejszą wzmiankę o Polsce? :)
Warto wspomnieć, że Orhan Pamuk jest laureatem Nagrody Nobla 2006. Zupełnie przypadkowo sięgnęłam dwa razy pod rząd po dzieło noblistów. Nie żałuję swojego wyboru i z miłą chęcią sięgnę po następną książkę tego autora. Wam też to polecam i daję gwarancję kilku godzin ciekawej przygody w tureckim świecie.


*Orhan Pamuk, Biały zamek. Wydawnictwo Literacki. Kraków 2009, s.87


Nawiasem, bardzo lubię okładki do książek Pamuka. :)

czwartek, 24 marca 2011

"Wyzwanie. Szczeniaki" Mario Vargas Llosa


Byłoby ogromną plamą na czytelniczym honorze nie sięgnąć po pozycję któregoś z noblisty. Mój wybór padł na zeszłorocznego laureata tej nagrody i, na dobry początek, postanowiłam sięgnąć po zbiór opowiadań noszący tytuł „Wyzwanie. Szczeniaki”. Mimo tego, że o wiele bardziej wolę powieści i z pewną obawą zasiadałam do tej lektury, to nie zawiodłam się na niej. 
„Wyzwanie. Szczeniaki” to specyficzny utwór. Powstał ze złączenia dwóch wcześniej wydanych publikacji. Pierwszą z nich, która ukazała się na rynku, było „Wyzwanie” stanowiące zbiór sześciu różnych, niepowiązanych ze sobą opowiadań. Łączy je jedno- oszczędny styl autora, który pozostawia szerokie pole do popisu dla wyobraźni czytającego. Nie znajdziemy w nich rozbudowanych opisów przyrody, za to mnóstwo ustępów poświęconych bójkom. Pisarz skupia się na momentach bijatyk swoich bohaterów, opisuje dokładnie każdy ich ruch, dzięki czemu całość nabiera wiarygodności i sprawia, że czytelnik może poczuć się jak uczestnik wydarzeń. Mimo, że przez krótkie formy ciężko jest się związać z bohaterami, to ich emocje stały się moimi, przeżywałam każdy cios im zadany jako swój. Autor wrzuca nas od razu w wir akcji, nie przedstawia sytuacji, lecz natychmiast przechodzi do głównego wątku. Sądzę, że to oszczędza zażenowania sztywnym przedstawianiem sytuacji i zmusza czytelnika do myślenia. Warto poświęcić chwilę także sposobie budowania dialogów- jest on naturalny, wypowiedzi są odpowiednie do bohaterów. Jeśli miałabym je określić jednym słowem, powiedziałabym, że są po prostu szczere.
Nie należy zwieść się pozorom- mimo, że pierwszą część „Wyzwania. Szczeniaków” czyta się szybko, to bynajmniej nie jest to lektura lekka. Traktuje o ciężkim temacie jakim jest przemoc i męska duma. Mario Vargas Llosa pokazuje do czego zdolny jest mężczyzna, którego honor zostanie nadszarpnięty- nie jest wstanie powstrzymać go nawet widmo pewnej przegranej. Pisarz zwraca także uwagę na chęć zemsty, która jest silniejsza niż zapowiedź śmierci. Llosa skłania do rozważań nad tym, jak daleko może posunąć się mężczyzna w obronie swoich wartości.
Osiem lat po opublikowaniu „Wyzwania”, ukazały się „Szczeniaki”. Jest to krótkie opowiadanie w formie gawędy. Czytelnik ma wrażenie, jakby słuchał czyjejś opowieści- język jest naturalny, niektóre zdania krótkie. To trochę przypomina Mirona Białoszewskiego i „Pamiętnik z powstania warszawskiego”, w którym pisarz zastosował podobny zabieg, jednak u Llosy jest on o wiele bardziej przystępny. Na początku ciężko jest się do tego przyzwyczaić i trzeba nadwyrężać swoje czytelnicze zdolności, żeby w pełni zrozumieć co autor chciał przekazać, ale z czasem staje się to przyjemnym i ciekawym doświadczeniem.   
„Szczeniaki” to historia grupy przyjaciół, która zaczyna się we wczesnych latach nauki. Jednego z chłopców, który dołączył do paczki najpóźniej, spotyka nieprzyjemny wypadek, rzucający cień na jego całe życie. Obserwujemy jak z dzieci wyrastają mężczyźni, a dawne obawy miast uciekać, rosną do monstrualnych rozmiarów. Sądzę, że jest to opowieść o zagubieniu, ciężaru jaki odbija na nas młodość, o wrażliwości i buncie wobec narzucanych schematów. No i o poczuciu męskości.
To moje pierwsze spotkanie z Llosą, ale uważam je za udane. Autor bardzo mnie zaintrygował swoim stylem i sposobem kreowania rzeczywistości. Czułam na swojej skórze twarde, górskie kamienie, szorstką końską sierść i zapach męskiego potu. Myślę, że „Wyzwanie. Szczeniaki” to dobra pozycja dla tych, którzy swoją przygodę z Llosą dopiero zaczynają- z pewnością nie zrażą się do reszty dzieł tego autora i poczują się zachęceni smakowitym światem, jaki niesie ze sobą ten noblista.


Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak literanova




A tu coś dla ciekawych: http://mariovargasllosa.pl/. Wywiady, ciekawostki i biografia pisarza. :)

niedziela, 20 marca 2011

"Sosnowe dziedzictwo" Maria Ulatowska


Co może robić Rapsodia we wtorkowy wieczór w oparach kadzidełka i dymu świec? Odprawiać czary? Wskrzeszać Kurta Cobaina? Zgłębiać tajniki biologii, jak przystało na przykładną uczennicę na dzień przed sprawdzianem? Nic bardziej mylnego- Rapsodia czyta „Sosnowe dziedzictwo”, pierwszą książkę od „Włóczykijki”, której wyczekiwała od wielu dni. Co dzień sprawdzała skrzynkę i kiedy wreszcie w ręce wpadła jej długo wyczekiwana paczuszka od razu zabrała się za zgłębianie zawartości. I nawet trója z testu nie jest w stanie wywołać w niej wyrzutów sumienia za swój haniebny czyn odrzucenia nauki.
Poznajemy Annę, główną bohaterkę książki w pierwszym dniu jej nowego życia- przybywa ona obejrzeć swój nowy dworek, odziedziczony po dziadkach. Opisy tego, co dzieje się teraz są wdzięcznie przeplatane z historią rodzinną głównej bohaterki, która sięga do dni Powstania Warszawskiego. To pozwala nabrać w płuca świeżego powietrza, ponieważ czytając o aktualnych losach Anny można poczuć się trochę „przyduszanym”.  A w życiu postaci Marii Ulatowskiej dzieje się wiele- nowy dom, nowi przyjaciele, nowe miłości. Jeśli ktoś szuka problematycznej lektury, która poruszy posadami świata nie tylko literackiego, „Sosnowe dziedzictwo” powinien omijać szerokim łukiem, ponieważ jest to raczej bajka dla trochę starszych czytelników. Można się przy niej odprężyć, zapomnieć o codziennych kłopotach i przez chwilę poczuć na sobie promień ciepłego słońca, którego nie brakuje w Sosnówce.
Jak dotąd sądziłam, że nie przepadam za tego typu lekturami, które fabułą i klimatem przypominają raczej przekoloryzowane historie z kolorowych magazynów. I chyba naprawdę tak było, jednak „Sosnowe dziedzictwo” wniosło nieco świeżości w moje postrzeganie lekkich książek. Sprawiło, że mogłam się zrelaksować nie tylko w zaciszu własnego pokoju, ale także w tłocznym i gwarnym tramwaju, bowiem ta pozycja nie wymaga ciągłego skupiania się na zdaniach. Można spokojnie oderwać się od liter, przyjrzeć się współpasażerom i powrócić do dalszej lektury bez obaw, że zgubi się wątek. I nawet marysuizm Anny nie kuł aż tak w oczy, choć bohaterka nie zyskała sobie mojej sympatii (jestem zbyt zazdrosna o jej urodę, żeby ją polubić! ;p). Czytelnicy o skłonnościach takich jak moje, czyli o zazdroszczenie głównym bohaterom wspaniałych umiejętności, przygód, wydarzeń i całego miasteczka przyjaciół (dosłownie!), będą rwać włosy z irytacji. Ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zagryźć zęby!
Fabuła nie pędzi na złamanie karku- ot płynie sobie jak leniwy strumyk, zahaczając o wystający pień drzewa, lub zatrzymując się na chwilę na pogawędkę z rybą. Czytelnik nie znajdzie tutaj nagłych zwrotów akcji przyprawiających o kołatanie serca. W zamian za to przyjdzie mu towarzyszyć Annie w wybieraniu kafelków i rozkoszowaniu się szarlotką w „Kujawiance”. Ale mimo wszystko takie nic większego do życia nie wnoszące opisy potrafią być przyjemne, a biorąc pod uwagę czekające na rogu retrospekcje, można je znieść bez narzekania. Maria Ulatowska posiada talent do zatrzymania przy sobie czytelnika nawet przy nużących momentach. Przyjemny styl autorki nie pozwala oderwać się od „Sosnowego dziedzictwa” i delikatnie kołysze zmęczonego pracą lub szkołą czytelnika.
Tytuł tej książki wydaje mi się zbyt patetyczny do treści. Kiedy po raz pierwszy go zobaczyłam, przed oczami stanął mi zamek ze strzelistymi wieżami, a aura bynajmniej nie była słoneczna. Razem z przeczytaniem pierwszej strony „Sosnowego dziedzictwa”, moje naiwne wyobrażenie odeszło w cień i zastąpił je uroczy widok szlacheckiego dworku nad brzegiem jeziora. Mimo wszystko, z lektury można coś wynieść- Maria Ulatowska sugeruje, że miłość powinna dojrzewać jak najdłużej, ogrzewana z początku promieniami przyjaźni, jeśli chcemy zbierać z niej wartościowe owoce.
„Sosnowe dziedzictwo” pozostawia mnóstwo niedopowiedzeń, ale chyba nie będę z niecierpliwością czekać do maja, kiedy to ma ukazać się druga część- „Pensjonat sosnówka”. Historia przedstawiona przez Marię Ulatowską podobała mi się, ale nie zafascynowała mnie jakoś szczególnie- ot, kolejna lekka i przyjemna lektura, o której zapomnę w przeciągu tygodnia. Gdyby nie „Włóczykijka” pewnie nie sięgnęłabym po „Sosnowe dziedzictwo”. Myślę, że nie straciłabym wiele, chociaż każda chwila odprężenia jest teraz na wagę złota. Dlatego uważam, że ta pozycja powinna dalej wędrować we „Włóczykijce”- żeby nieść czytelnikom miłe chwile relaksu.



Książka z akcji Włóczykijka przekazana przez wydawnictwo Prószyński i S-ka. :)

niedziela, 13 marca 2011

"Brak wiadomości od Gurba" Eduardo Mendoza


Cóż by to była za przygoda, móc wędrować po obcych planetach! Szkoda, że taka opcja ma małe szanse spełnienia. Ale zawsze można iść na kompromis z losem i miast podróżować samemu, można potowarzyszyć pewnemu sympatycznemu kosmicie w zwiedzaniu Barcelony.  To jest już łatwiejsze do zrealizowania- wystarczy sięgnąć po „Brak wiadomości od Gurba”. Ale ostrożnie, aby nie narazić się na wielokrotne rozjechanie przez taksówkę, odebranie gwiazdy szeryfa i kosmicznego kaca. Zdolność mimikry okaże się niezbędna, jeśli nie dla nas, to na pewno dla głównego bohatera książki Mendozy. Oto bowiem przyjdzie zmierzyć mu się ze specyficznym klimatem hiszpańskiego miasta i jego mieszkańców.
A historia zaczyna się tak: Przylatuje dwóch kosmitów. Jeden z nich idzie na zwiady, drugi zostaje w statku kosmicznym. Kiedy ten pierwszy nie daje znaku życia, jego kompan wyrusza na poszukiwania, a swoje przygody opisuje w dzienniku pokładowym. I zaczyna się zabawa, obserwacja ludzkich zachowań i reakcji. Ludzie potrafią szokować- dlaczego tak bardzo dziwi ich wkroczenie kosmity pod postacią ś.p. Piusa XII do banku, a za całkiem normalne traktują obrzucanie obywateli odchodami hipopotama? Dzięki zapiskom ufoludka możemy przyjrzeć się wadom hiszpańskiego społeczeństwa, pośmiać się z jego funkcjonowania i z próby zaklimatyzowania się w nim przybysza z kosmosu. Dzięki narracji prowadzonej w formie pamiętnika, czytelnik nie odczuwa ciężaru niekiedy nużących opisów przyrody, za to w pełni może cieszyć się smakiem zabawnych wydarzeń. A jest co smakować! Każdy, kto gustuje w absurdalnym humorze, będzie czuł się nasyconym po przeczytaniu „Braku wiadomości od Gurba”.
Książka Mendozy działa na czytelnika jak lep na muchy- najpierw przyciąga, unieruchamia i za nic w świecie nie chce wypuścić, nawet jeśli z parapetu woła praca domowa z chemii. Jeśli macie do zrobienia pranie, obiad albo musicie nauczyć się na sprawdzian z historii, „Brak wiadomości od Gurba” może okazać się śmiercionośny, no chyba, że wasze rodziny i nauczycielki dysponują zasobem tolerancji dla ofiar wciągających książek.
Niby ta sama Barcelona co u Zafóna, a jednak inna. To zaskakujące, jak ten sam obiekt pisarze mogą przedstawiać na wiele różnych sposobów i wywoływać różne uczucia. „Brak wiadomości od Gurba” posiada niepowtarzalny klimat, można się pośmiać do łez, a także zastanowić nad ludzkimi zachowaniami. Czy to co dla nas jest normalne i zwyczajne, tak naprawdę nie jest nasączone bezsensem i dziwactwem? Dzięki Mendozie możemy przyjrzeć się temu jak w lustrze i rozważyć z różnych stron.
Spotkałam się z opinią, że to najgorsze z dzieci Mendozy. Nie jestem w stanie zgodzić się lub nie z tą opinią, ponieważ to dopiero moje pierwsze spotkanie z tym autorem. Jak na razie zrobił na mnie dobre wrażenie i rozbudził ciekawość co do reszty jego dzieł. Mam nadzieję, że będę mogła niebawem przyjrzeć się im bliżej i bawić się nimi równie dobrze, jak „Brakiem wiadomości od Gurba”.

piątek, 11 marca 2011

Moja biblioteczka

I mnie dopadła biblioteczkowa gorączka. Do zabawy zaprosiła mnie Susie, której bardzo za to dziękuję- dzięki niej aż tak się nie nudziłam będąc przeziębioną. :) 

Biblioteczka jest trochę obszerna, ponieważ moje książki są zmieszane z książkami moich rodziców. 
Zacznijmy wycieczkę od mojego pokoju, w którym spoczywa przyłóżkowy stosik. 


Oto w koszyku czekają książki, które powinnam zrecenzować już wieki temu. ^^ Znajdują się tam takie pozycje jak "Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland" Murakamiego, "Brak wiadomości od Gurba" Mendozy, "Prowadź swój pług przez kości umarłych" Tokarczuk oraz "Świat według psa. Opowieść jamnika Bolka" Sumińskiej. Warto zwrócić uwagę na fantastyczny dobór kolorystyczny- ten fiolet i zieleń wcale, a wcale się nie gryzą! ^^ 


A oto przyłóżkowa poczekalnia. Lektury nie są ustawione według kolejności czytania. No i to tylko część z tych, które chciałabym przeczytać w najbliższym czasie. 

Teraz wychodzimy z mojego pokoju, aby udać się to jednego z moich ulubionych miejsc w całym domu, w którym półki aż się uginają (głównie pod ciężarem encyklopedii ^^).


Moja ulubiona półka, skompletowana od początku do końca przeze mnie:


Zabrakło tylko "Pani Dalloway", która jest chwilowo pożyczona. :)



Wiecie, że kiedy byłam mała, sądziłam, że te zielone tomy Słowackiego, to podręczniki do nauki języka? ^^

 

Dobrze widzicie- dwa egzemplarze pierwszego tomu Winnetou (jeden z nich dotkliwie pogryziony przez psa babci).


W tej dziurze przy Anne Rice spoczywa na co dzień "Memnoch diabeł", który chwilowo również jest wypożyczony. :)



Zabrakło mojego kochanego Byrona, który również jest na "obczyźnie". ;] Jednego Dukaja zamierzam "puścić" dalej w jakimś konkursie lub czymś podobnym. Zobaczymy.

No, to by było w sumie na tyle. Postanowiłam nie wgłębiać się we wszystkie półki, ale zaprezentować tylko te (w prawie całości) moje. Wiele pozycji jest ustawionych w dwuszeregach (głównie te z lat przedszkolnych ^^), więc nie widać ich z zewnątrz. Część zbiorów spoczywa także na strychu (buntowałam się, lecz nie dla wszystkich starczyło miejsca na dole). Odpuściłam sobie półkę w salonie, ponieważ nosi ona tylko ciężar książek ogrodniczych, z którymi rzadko mam jakikolwiek kontakt.

Do dalszej zabawy zapraszam:
LadyBoleyn (www.okiem-recenzenta.blog.onet.pl)
I każdego, kto chce się przyłączyć :)

Konkurs udany- jestem laureatką. :)

niedziela, 27 lutego 2011

"Miecz przeznaczenia" Andrzej Sapkowski


Smoki, syreny, driady, bazyliszek- to tylko niektóre ze stworzeń prezentowanych przez Sapkowskiego w kolejnym tomie przygód Geralta z Rivii. Podobnie jak poprzednia część, tak i ta stanowi zbiór opowiadań, w których główny bohater zmaga się z nieludzkimi siłami, a także z samym sobą. Każdy kto zna choć trochę charakter pracy wiedźmina, dobrze wie, że mężczyzna nie jest maszyną do zabijania, targają nim moralne dylematy i rozterki- gdzie kończy się, a gdzie zaczyna granica między rozumną, czującą istotą, a żądnym krwi potworem. „Miecz przeznaczenia” jest o wiele bardziej emocjonalny, skupia się nie tylko na szastaniu mieczem, ale także na sferze uczuciowej. W „Ostatnim życzeniu” również możemy znaleźć grę na emocjach, lecz jest to tylko próba, preludium do tego, co czeka nas w drugim tomie.
Biorąc pod uwagę moją antypatię do wszelkich zbiorów opowiadań, mogłabym w sumie zacząć od razu od „Krwi elfów”, ale czy odczułabym wtedy choć cień satysfakcji, jaką przynosi heroiczna walka stoczona z całą serią? Tak więc, zaciskając zęby (wierzcie mi, albo nie, ale moje mięśnie szczękowe doznały poważnego uszczerbku na kondycji) zabrałam się za pierwsze opowiadanie. I bardzo mile zaskoczył mnie klimat. Możliwe, że to tylko moje odczucie, ale wydaje mi się, że pod tym względem „Ostatnie życzenie” ustępuje „Mieczowi przeznaczenia”. Całkiem możliwe, że w przypadku pierwszego tomu, moja wyobraźnia nie miała ochoty współpracować z narracją Sapkowskiego, która swoją drogą jest bardzo lekka. Czytelnik musi wykazać się większą niż zazwyczaj inwencją twórczą, ponieważ książka ta nie obfituje w rozbudowane opisy. Ma to swoje plusy, lecz z początku może okazać się niejakim utrudnieniem.
Ta urocza panienka z okładki z grymasem raczej nie ujawniającym wielkiego entuzjazmu, stanowi most łączący tę część z poprzednią. Zanim jednak dotrzemy do historii bezpośrednio z nią związanych, musimy przedrzeć się przez kilka innych, których fabuła niekiedy wprowadzała mnie w konsternację i z pewnością moja koleżanka uznała mnie za stworzenie wątpliwej inteligencji, kiedy spytałam ją, czy przed „Ostatnim życzeniem” była część, którą, być może, nieopatrznie pominęłam. Widać taki zabieg był zamierzony i miał na celu zaintrygować czytelnika. No cóż, w moich oczach wypadł nieco nieporadnie, ale, całe szczęście, Sapkowski reflektuje się wielobarwnymi postaciami i wydarzeniami, które można rozważać z wielu różnych perspektyw. „Miecz przeznaczenia” roztacza nad nami zapowiedź tego, co czeka nas w kolejnym tomie, a to głównie za sprawą wspomnianego wcześniej dziewczątka. Opowieść o wiedźminie wciągnęła mnie tak bardzo, że przyłapuję się na stwarzaniu wariantów dalszych wydarzeń i nie bardzo mogę sobie wyobrazić jak autor wybrnie z, moim zdaniem, nieco kłopotliwego położenia. Węszę wielkie zaskoczenie, i z niecierpliwością wypatruję chwili, w której wreszcie będę mogła wyciągnąć swoje łapska po „Krew elfów”.
Ze słonecznej łąki przed chatą Yurgi i Złotolitki pozdrawia Was Rapsodia, zauroczona Jaskrem i mimikami. Polecam, polecam, polecam!


I oto wylądowałam tutaj.:) Bardzo proszę wszystkich o nie powiadamianie mnie już o nowych recenzjach- będę zaglądać do Was i bez względu na to, czy powiecie mi o nich, czy nie. Jednocześnie informuję, że ja także nie będę już nikogo informować- stanowczo za dużo z tym zamieszania. Pozdrawiam! :))

środa, 9 lutego 2011

"Madame" Antoni Libera

Tytuł: „Madame
Autor: Antoni Libera
Rok wydania: 1998
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 390
Cena: 49 zł
Moja ocena: 4+
Opis:

„(…) powieść jest ironicznym „portretem artysty z czasów młodości” na tle peerelowskiej rzeczywistości schyłku lat sześćdziesiątych.
Narrator opowiada o swoich „latach nauki” i o fascynacji starszą od niego, piękną, tajemniczą kobietą.
Jest to zarazem opowieść o potrzebie marzenia, o wierze w siłę Słowa i o naturze mitu.”

Z lekturowego stosu w „Madame” pokładałam największe nadzieje. Moją uwagę przykuła okładka, której warto poświęcić kilka słów, zanim przejdzie się do reszty. Pod tym względem, książka Libery przypomina deser z bitą śmietaną i okładka pełni tutaj rolę białej piany :]. Pod bordową osłoną, kryje się czarna oprawa z małym zdjęciem kobiety o naprawdę hipnotyzującym spojrzeniu. Nie polecam czytać w wannie, ponieważ czerń z okładki lubi brudzić palce i za nic nie chce z nich zejść :].
Mamy za sobą śmietanę, teraz czas na polewę czekoladową w postaci stylu Libery, który jest naprawdę smaczny. Zdarzenia opisywane są przez głównego bohatera, który cechuje się erudycją i błyskotliwym poczuciem humoru, co wpływa na sposób narracji. Język jest naprawdę przystępny, można skusić się na określenie go jako „gęsty”. Jedyne, co bardzo mnie irytowało to wtrącenia na kształt: „miało to istotne znaczenie dla późniejszych bardzo wartkich wydarzeń, ale… nie tak szybko, przedtem jeszcze miało miejsce coś innego”. W opisach czytelnik może znaleźć nie tylko odniesienia do innych książek, ale także tło muzyczne, jak np. znane wszystkim Hit the Road Jack  czy Yesterday Beatlesów, które to odgrywa bardzo ważną rolę w „wizualizacji” klimatu. Plus dla autora za sposób w jaki przedstawił głównego bohatera- w „Madame” brak suchego i schematycznego przedstawiania się, zaznajamiamy się z narratorem poprzez wydarzenia mające miejsce w jego przeszłości. Ta retrospekcja ma też na celu podkreślenie charakteru tamtych czasów, a także pełni funkcję czegoś na kształt klamry kompozycyjnej- ale to tylko dla tych, którzy wytrwają do końca „Madame”.
A wytrwać wcale nie jest tak łatwo. Rządni szybkich zwrotów akcji czytelnicy raczej nie znajdą satysfakcji z czytania „Madame”, bowiem wydarzenia w tej książce mają tendencję do „ciągnięcia się” w czasie. „Stosunek masowy” (stanowczo za dużo chemii!) maluje się mniej więcej tak: dziesięć stron opowieści byłego taternika o wojnie domowej w Hiszpanii itd., trzy strony opisu bieżących spraw. Lubię historię, ale nie mam ochoty o niej czytać, kiedy coś w środku mnie domaga się nieznanej mi jeszcze opowieści.
„Madame” to opowieść o sile Słowa, o kolorowym cieniu w szarym świecie Peerelu, a także o młodzieńczej miłości, pełnej subtelnego wdzięku, do dojrzałej kobiety. To także echo śmiechu pisarza nad prawdą i mitem, które dzieli wbrew pozorom niewielka granica.
Zawiera niezapomniany wątek romantyczny, jeden z moich ulubionych, tuż obok „Lektora” Schlinika Bernharda.
Warto zwrócić uwagę na układ rozdziałów i podrozdziałów. „(…) siedem rozdziałów „dużych”- jak siedem dni stworzenia; i trzydzieści pięć „małych”- tyle, ile miał lat nasz „bohaterski wiek”, gdy przyszła na świat Madame, i ile ja dziś kończę (legendarna „połowa drogi ludzkiego życia”).”, napisał Antoni Libera w postscriptum.
Jeszcze słowo o reszcie bohaterów, czyli o posypce, bez której deser zdawałby się nieco ubogi: część z nich jest autentyczna, bowiem „Madame” to powieść o charakterze autobiograficznym. Maks, a także młodzieniec zaczepiający głównego bohatera pod koniec powieści to postacie autentyczne. Na temat Madame niewiele wiem.
Warto sięgnąć po „Madame”, choć nie jest to pozycja niezbędna dla każdego. Z pewnością powinna stać na półkach tych, których ciekawi co mają ze sobą wspólnego szachy, pianino, słowo i kobieta. Niewątpliwie lektura bardzo wymagająca i posiadająca szczyptę magii, którą trzeba udźwignąć.