sobota, 25 grudnia 2010

"Wyznania gejszy" Arthur Golden

Tytuł: „Wyznania gejszy”
Tytuł oryginału: ‘Memories of a geisha’
Autor: Arthur Golden
Rok wydania: 1997, 1999 w Polsce
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 458
Cena: około 40 zł
Moja ocena: 6!


Ponoć recenzje powinno się pisać parę dni po przeczytaniu książki, aby mieć chłodne spojrzenie na nią i dostrzegać nie tylko jej plusy.  Do „rozprawy” nad „Wyznaniami gejszy” zasiadam w niespełna piętnaście minut po ich dokończeniu, bo wiem, że ta książka nie ma absolutnie żadnych wad, a nawet jeśli to czas nie jest w stanie odkryć ich przede mną.
W swoich literackich podróżach odwiedziłam już Daleki Wschód dwa razy (nie wliczając baśni z dzieciństwa itd.), ale chyba jeszcze nigdy nie byłam w Japonii. Wkraczając w ten okrutny świat nie spodziewałam się, że tak bardzo mi się spodoba. Nie jestem do końca przekonana, czy gdyby ktoś inny od Chiyo by mi go pokazał, to czy tak bardzo przypadłby mi do gustu? Ale to tylko świadczy o kunszcie narracyjnym widocznym w książce Arthura Goldena- bo czy to właśnie nie o to chodzi, aby wzbudzić w czytelniku coś więcej poza sympatią do bohaterów i, jeśli się poszczęści, to zaciekawić fabułą?  Śmiało mogę stwierdzić, że „Wyznania gejszy” rozbudziły we mnie nową pasję, a oprócz tego dostarczyły refleksji, która, jestem tego pewna, nie zniknie na długi czas po przeczytaniu tej książki.
Główną bohaterkę poznajemy, kiedy świat jeszcze nie zdaje sobie sprawy z jej obecności. Chiyo mieszka w małej wiosce nad oceanem. Jest córką rybaka, więc nie wiedzie luksusowego życia, jednak kiedy poznaje pana Tanakanę, jej los odmienia się na zawsze. Towarzyszymy jej w różnych etapach życia, obserwujemy jak się zmienia i jaki wpływ na jej życie wywiera Wojna Światowa. W krainie, w której pod maską fałszywej obojętności rodzą się i umierają wielkie namiętności, Chiyo próbuje odnaleźć swoje prawdziwe przeznaczenie.
„Słuchając” opowieści Chiyo, czułam się tak, jakbym uczestniczyła w opisywanych przez nią sytuacjach. Nienawidziłam każdej osoby, która ośmieliła się przerwać mi lekturę, ponieważ każde wyrwanie się ze świata gejsz oznaczało kubeł chłodnej wody w postaci szarej rzeczywistości. Ktoś z pewnością pomyśli (może nawet wyrwie mu się małe, zażenowane westchnienie?  ), że przesadzam, ale jestem pewna, że niejeden czytelnik doznał choć raz w życiu takiego uczucia podczas czytania swojej ulubionej książki. Styl Arthura Goldinga jest lekki w przyswajaniu, dzięki czemu łatwo porwać się historii.
Jednym z moich ulubionych elementów tej książki są niewątpliwie opisy. „Wyznania gejszy” obfitują w obrazowe porównania, dzięki którym łatwiej wyobrazić sobie co czują bohaterowie. Ponadto są bardzo piękne i wpływają na klimat całości - nie spotyka się ich w lekturach z innych regionów świata. 
Podczas przedzierania się przez prawie pięćset stron opowieści, na swojej drodze czytelnik spotyka szereg bohaterów, którzy mają wpływ na losy Chiyo. Nie są to postacie papierowe, autor dołożył starań, abyśmy mogli przyjrzeć się im z bliska i dotknąć ich, co jeszcze bardziej potęguje wrażenie autentyczności tej historii. Każda postać jest inna, przyglądamy się jej rozwojowi i podziwiamy jak wzbija się ku górze, lub opada na samo dno. W wielu przypadkach nie dowiadujemy się co tak naprawdę dzieje się z poszczególnymi bohaterami, ale to tylko uruchamia czytelniczą wyobraźnię, która zaczyna snuć własne wersje wydarzeń długo po skończeniu „Wyznań gejszy”. Dzięki temu dzieło Goldena można nazwać środkiem aktywnego wypoczynku dla naszego umysłu.
Po tę lekturę powinni sięgnąć nie tylko ci, których już wciągnęła kultura japońska, ale także osoby jeszcze z nią nie zaznajomione. Uważam, że „Wyznania gejszy” należą do grupy książek, które w sposób szczególny wpływają na kształtowanie się naszych poglądów. Poza tym, co chyba najważniejsze, lektura wciąga na długie godziny i dostarcza wielu wrażeń .

niedziela, 5 grudnia 2010

"Ostatnie życzenie" Andrzej Sapkowski

Tytuł: „Ostatnie życzenie”
Autor: Andrzej Sapkowski
Rok wydania: 1995 (?)
Wydawnictwo: SuperNowa
Liczba stron: 286
Cena: 35-37 zł
Moja ocena: 4+
Opis:
„WIEDŹMIN nie jest rębajłą pokroju Conana. To mistrz miecza i fachowiec czarostwa strzegący moralnej i biologicznej równowagi w cudownym świecie fantasy. Z woli Sapkowskiego w ów świat pełen potworów i bujnych charakterów, skomplikowanych intryg i eksplodujących namiętności wnosi Geralt nasze problemy, mitologie i nowoczesny punkt widzenia. Staje się więc widzem i bohaterem, oskarżonym i sędzią, kochankiem i błaznem, ofiarą i katem.”
(opis pochodzi z www.i-ksiazka.pl)

Po pierwszym tomie opowieści o Wiedźminie spodziewałam się czegoś więcej. Nastawiłam się na rewelacyjną opowieść z mistrzowską narracją i stylem, a znalazłam tylko dobrą historię. Moje podejście nie było bez podstaw- swojego czasu zaczęłam czytać „Lux perpetua” (pozostawmy odmianę w spokoju ^^) i styl Sapkowskiego zrobił na mnie naprawdę dobre wrażenie, ale w porę zorientowałam się, że książkę poprzedzają dwie części i zaniechałam zagłębiania się w nią.
Ogólnie nie było źle, ale rewelacją nie powiało.
„Ostatnie życzenie” tryska dynamiczną fabułą i ciekawą gamą bohaterów. Nie jestem wielką fanką nabitych akcją lektur- dostaję wtedy zadyszki, brak mi kontrastu aby docenić zabiegi autora. Inaczej rzecz się miała w „Ostatnim życzeniu”- byłam zadowolona z nieustających przygód Geralta.  Sapkowski jednak stworzył spokojną przystań dla zmęczonych czytelników przy okazji odsłaniając samą postać głównego bohatera. Ten manewr spodobał mi się i autor zyskał u mnie ogromny plus właśnie dzięki temu!
W pierwszej części wiedźminowych przygód znajdujemy pełno odniesień do powszechnie znanych legend. Nie powiem, że mi się to nie spodobało, ale miejscami wydało mi się nieco banalne (nie będę zdradzać szczegółów, aby nie obedrzeć potencjalnych chętnych do przeczytania „Ostatniego życzenia”). Nie tylko ślady legend są tutaj widoczne- wiele kwestii zdawało mi się przeniesionych z Tolkiena. Być może autor nie zrobił tego specjalnie, może wiele nawiązań było poczynionych nieświadomie, ale odczuwałam mocne wrażenie, że Sapkowski czerpał wiele inspiracji z twórczości ojca fantasy. Nie ma w tym nic złego, wiele autorów to robi. Pomimo to sądzę, że świat Sapkowskiego ma w sobie coś oryginalnego. Podobał mi się ten słowiański klimat (być może nie miał taki być, ale ja silnie go odczuwałam ;)) z wielką dawką magii. To dobra odmiana po ostatnio przeczytanych przeze mnie książkach.
Co do bohaterów, to raczej nie mam zastrzeżeń. Większość z nich pozostała mi obojętna, zupełnie nie wiem dlaczego- przecież „Ostatnie życzenie” obfituje w realne opisy nie tylko wyglądu postaci, ale także ich uczuć. Do gustu najbardziej przypadł mi Jaskier- podobał mi się jego sposób bycia, rubaszny humor i niewyparzony język. Wskazówka sympatii w przypadku Geralta przechyla się nieznacznie w pozytywną stronę, ale podkreślam- nieznacznie.
Skoro mamy za sobą wymianę większości plusów, przejdźmy do negatywu „Ostatniego życzenia”. Styl pisania nie przypadł mi do gustu. Być może to przez moje przeziębienie, ale odczuwałam wszechobecny chłód w zdaniach i opisach. Pełno w nich było rzeczowości, która mnie odstrasza. I przewijające się bardzo często kwitowania urywanych zdań przez bohaterów w stylu „nie dowiedzieli się nigdy co mężczyzna o tym myślał, ponieważ…”. Ta fraza i wiele podobnych do niej hamowało momenty, które powinny być opisane dynamicznie.
Jestem pewna, że sięgnę po „Miecz przeznaczenia”, bo jestem ciekawa dalszych losów Geralta. Książkę polecam wszystkim fanom magicznych klimatów- Wiedźmina można potraktować jako powiew świeżości przepędzający wszechobecny temat wampirów równocześnie nie pozbywając się ciekawych stworzeń z lektur. Nie przepadam za opowiadaniami ale na czas "Ostatniego życzenia" postanowiłam porzucić swoją niechęć- opłaciło się.

sobota, 23 października 2010

"Ewangelia według Piłata" Eric Emmanuel Schmitt

Tytuł: „Ewangelia według Piłata”
Tytuł oryginału: „L’Evangile selon Pilate’’
Autor: Eric Emmanuel Schmitt
Rok wydania: 2000 we Francji
2003 w Polsce
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Liczba stron: 241
Cena: 29,90 zł
Moja ocena: 5+
Opis:
„W Ogrodzie Oliwnym młody człowiek czeka na śmierć. Rozpamiętuje swoje życie, wiedząc, że niebawem zjawią się żołnierze, aby go pojmać i zaprowadzić przed sąd. Jaka siła uczyniła z tego syna cieśli cudotwórcę? Czy jest on - jak uważają jego uczniowie - synem Boga? Aż do ostatniej chwili Jeszua nie jest pewien niczego - prócz tego, że umrze.
Trzy dni po ukrzyżowaniu Jeszui namiestnik Piłat dowiaduje się z zaskoczeniem, że ciało „magika z Nazaretu” zniknęło. Kto je wykradł? Dlaczego pewni ludzie- wśród nich i żona Piłata- twierdzą, że Jeszua zmartwychwstał? Te i inne pytania nie dają namiestnikowi spokoju.
W listach do brata daje upust nurtującym go uczuciom i wątpliwościom, powraca do zdarzeń, na które niegdyś nie zwrócił uwagi, relacjonuje zasłyszane opowieści, próbując je zrozumieć i przypisać im sens. „Sprawa Jeszui” zaczyna nadawać życiu Piłata nieoczekiwany, dramatyczny bieg…”

Z tematami religijnymi spotykam się na co dzień. Moja rodzina nie jest specjalnie wierząca, można powiedzieć, że jesteśmy „niepraktykującymi katolikami”. Ze mną sprawa ma się trochę inaczej- chodzę do szkoły katolickiej, więc moja wiara i poglądy są atakowane każdego dnia przez czarne rzesze pingwinów. Bądź co bądź, nie uważam jednak tak, jak moje wychowawczynie. Wierzę w Boga, lecz w Jezusa jakoś mi ciężko. Nie darzę szczególną sympatią świętych, choć modlę się do nich. Często wątpię w doktryny Kościoła i jestem zwolenniczką eutanazji, aborcji i In vitro. Nie chodzę do kościoła z czystego lenistwa. Słowem- tematy religijne z reguły mnie nie interesują.
A jednak sięgnęłam po „Ewangelię według Piłata” z ciekawości i trochę na przekór zakonnicom, które irytują mnie bardzo. Tytuł książki- intrygujący, autor- jeszcze bardziej! Znam Shmitta od jakiegoś czasu, głównie z „Oskara i Pani Róży”, oraz „Marzycielki z Ostendy”. Zyskał sobie moją sympatię, więc stwierdziłam, że byłoby warto sięgnąć po coś jeszcze jego autorstwa.
„Ewangelia według Piłata” jest książką niezwykle ciekawą, przede wszystkim dlatego, że pokazuje zupełnie inne spojrzenie na sprawę Jezusa, a właściwie Jeszui. Mężczyzna ten żyje na prowincji, z daleka od „wielkich miast” i wiedzie spokojne życie nieudolnego cieśli. Pełni także rolę „psychologa” w swojej wsi, który nie tylko wysłuchuje, ale także udziela rad i w razie czego podaje pomocną dłoń. Miał kilka przygód z kobietami, ale na tym się skończyło. Wkrótce zaczyna zbierać wokół siebie osoby, które  są gotowe żyć według jego filozofii. Na jego uczniów składają się oprócz mężczyzn kobiety, a także inni ludzie z marginesu społecznego. Po pewnym czasie wszyscy są pewni, że ich duchowy przewodnik to Syn Boży.  Sam Jeszua jest innego zdania… Wszystko toczy się tak jak w Biblii: Jeszua zostaje zdradzony i pojmany w gaju oliwnym i umiera na krzyżu. Ale jego historia się nie kończy, wydźwięk, jaki wywarł na innych nie rozpływa się bezowocnie- przeciwnie, wciąga nawet w rozmyślania i konflikty samego Poncjusza Piłata, który bardzo często pisze listy do swego brata. I w tej o to formie poznajemy co myśli Poncjusz Piłat o całej jeszuowskiej sprawie.
Piłat to współczesny człowiek- wątpiący, niespełniony realista, który twardo stąpa po ziemi. Nie wierzy w nic, co jest sprzeczne z logiką i nauką. I nagle staje przed nim konieczność rozwiązania zagadki rzekomego Syna Bożego. Bardzo mi się podobały sposoby dochodzenia do wniosków przez Poncjusza Piłata- logiczne i sensowne. Kiedy już byłam pewna, że zdemaskuje on oszustwo uczniów Jeszui, na powierzchnię wypływał argument przeczący mu. Polubiłam Piłata, chociaż bardzo przypominał mi Poncjusza z „Mistrza i Małgorzaty” (nie czytałam całej tej książki, ponieważ w zeszłym roku miałam za dużo nauki i czytanie „na raty” było bez sensu tym bardziej, że książka ta wymaga stałego skupienia).
Religia chrześcijańska, a także postać Jezusa w książce Schmitta są ukazane w zupełnie innym  świetle- lepszym. Pomazaniec Boży nie jest tutaj postacią surową, lecz miłą i sympatyczną, znającą ludzkie potrzeby i słabości z autopsji. Nie jest pewien swojej wiary, ani tego czy jest coś poza światem ziemskim. Mówi, że święto Pesach (jest to żydowskie święto upamiętniające wyzwolenie Żydów z niewoli egipskiej) jest dla człowieka, a nie człowiek dla Pesacha. Czyli przekładając na naszą kulturę, można powiedzieć, że to Kościół jest dla człowieka, a nie człowiek dla Kościoła. Wydaje mi się, że często nawet osoby duchowne o tym zapominają. Myślę, że współczesne Chrześcijaństwo ukazuje Boga i Jezusa jako surowych i wymagających i nikt nie próbuje się nawet zastanawiać jak mogło być naprawdę. Wszyscy opierają się tylko na Piśmie Świętym, ale przecież nie wiadomo tak naprawdę na ile jest ono wiarygodne.
„Ewangelia według Piłata” to książka poruszająca tematy filozoficzne. Nie tylko znajdziemy tu rozważania na temat współczesnego Chrześcijanina, ale także rozmyślania nad miłością, wiarą, wiedzą, a także szacunkiem do innych wyznań. Nie znajdziemy tutaj odpowiedzi na pytanie jaka w rzeczywistości jest prawda o tej religii. Sami musimy znaleźć odpowiedź w głębi siebie i rozważać ją bardzo dokładnie- może nawet przez całe życie?
Polecam „Ewangelię według Piłata” wszystkim tym, którzy mają wątpliwości, są ich pozbawieni lub zupełnie nie wierzą. Jest to ciekawa podróż przez nieco inny pogląd. Dzieło Schmitta skłania do refleksji, co jest dobrą gimnastyką dla mózgownicy ;). Polecam gorąco!

środa, 13 października 2010

"Poczwarka" Dorota Terakowska

Tytuł: „Poczwarka”
Autor: Dorota Terakowska
Rok wydania: 2001 rok
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Liczba stron: 318
Cena: 20-30 zł
Moja ocena: 5-

Gdyby nie olimpiada z języka polskiego, prawdopodobnie nigdy nie sięgnęłabym po „Poczwarkę”. Tematyka zniechęciła mnie już na samym początku- zdawała się być ciężka, patetyczna i pozbawiona najmniejszej nawet nadziei na happy end. Moja intuicja mnie nie zmyliła- „Poczwarka” naprawdę taka jest. Nudna, trudna do przetrawienia i … posiadająca w sobie „to coś”!
Poznajemy rodzinę Myszki w dniu narodzin dziewczynki. Adam jest spełnionym zawodowo biznesmenem, wciąż pnącym się po szczeblach kariery, a Ewa to kobieta jeszcze młoda i piękna, mająca u stóp cały świat. Razem z mężem chadzają na bankiety i przyjęcia na których można spotkać znane osobistości, niekiedy pojawiają się nawet na balach charytatywnych. Mają dom w bogatej dzielnicy urządzony przez najlepszych projektantów wnętrz. Ich dziecko, które ma się pojawić już niebawem także takie będzie. Adam był nieco zawiedziony, że nie urodzi mu się syn, ale córka ostatecznie też może być- zapisze ją na balet, będzie grała na pianinie. Ale dziecko, które przychodzi na świat nigdy nie zagra na żadnym instrumencie, ani nie zatańczy w operze- ba! ono nawet nie będzie w stanie powiedzieć jednego zdania poprawnie! Po przywiezieniu Myszki do domu, nic nie jest już takie, jakie było przedtem. Adam wyprowadza się z sypialni do swojego gabinetu po drugiej stronie domu, jak najdalej od córki. Cała radość Ewy wyparowuje wraz z upadającym domem. A Myszka to spragniona miłości istota z zespołem downa.
„Poczwarka” to opowieść o tym, jak trudno jest kochać niedoskonałość. Miłość wymaga poświęceń i niekiedy tylko egoiści mogą w niej wytrwać (mama Myszki potrzebowała chwili tylko dla siebie, aby nabrać sił do dalszej walki z rzeczywistością i bywało, że udawała głuchą na rozpaczliwe wołania córki o pomoc). Książka Terakowskiej ukazuje złożoność ludzkiej psychiki i uczuć, podkreśla jak cienka jest granica pomiędzy skrajnie różnymi emocjami. Zadziwiające jest jak rozpaczliwie mózg człowieka potrafi się bronić przed niechcianymi wspomnieniami, przykrywając je płachtą fałszu i moim zdaniem autorka „Poczwarki” przedstawiła to równie ciekawie, jak świat wewnętrzny Myszki. Ten ostatni był bogaty i wielowarstwowy. Dzięki jego opisom zaczęłam się zastanawiać na ile dziecko upośledzone w takim stopniu zdaje sobie sprawę, co się wokół niego dzieje i jaki to ma sens. To kolejna zaleta tej lektury- porusza trybiki wrażliwości czytelnika i zmusza do zadania sobie często krępujących pytań.
Jedyne co mnie irytowało w „Poczwarce” to nadmierne nawiązanie do religii. Uważam, że w literaturze motywy religijne są niebezpieczne, ponieważ mogą ujść za banalne i przesadzone. „Poczwarka” nie jest wolna od tego defektu- w świecie Myszki Bóg pełni ważną rolę. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie miejscami irytujące opisy strychu i wydarzeń, które miały tam miejsce. Owszem, niektóre tego typu wtrącenia pozwalały odczuć to, co czuła główna bohaterka, ale mimo wszystko uważam, że było ich zbyt wiele.
Zakończenie „Poczwarki” nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem, choć sposób w jaki ujęła to Dorota Terakowska- dobitny i wciskający w fotel. Nie owijała w bawełnę, przedstawiła rzeczywistość bez zbędnych upiększeń, co bardzo jej się chwali!
Ta lektura zrobiła na mnie wrażenie. Wywoływała we mnie wiele uczuć od wzruszenia i współczucia, do obrzydzenia i nienawiści. W miarę zagłębiania się w lekturę, zmieniało się moje zdanie na temat dzieci z DS i ich rodziców. Tę książkę naprawdę warto przeczytać, bowiem poszerza ona horyzonty i nastawia czujnik wrażliwości na zupełnie inną skalę.

niedziela, 26 września 2010

"Nigdziebądź" Neil Gaiman

Tytuł: „Nigdziebądź”
Tytuł oryginału: ‘Neverwhere’
Autor: Neil Gaiman
Rok wydania: 1996, 2001 w Polsce
Wydawnictwo: Wydawnictwo Mag
Liczba stron: 318
Cena: 39 zł
Moja ocena: 5-
Opis:
„Richard Mayhew, główny bohater, prowadzi życie podobne do każdego z nas- pracuje w firmie, ma przyjaciół, a także piękną narzeczoną Jessicę, z którą planuje wspólną przyszłość. Jednakże pewnego dnia jego świat staje na głowie. Na ulicy spotyka ranną dziewczynę o imieniu Drzwi, której udziela pomocy- od tego momentu staje się mieszkańcem Londynu Pod, leżącego w kanałach i podziemnych przejściach Londynu Nad. Poprzez tę „małą” zmianę staje się niewidoczny dla zwykłych ludzi. Nie mając zbyt wielkiego wyboru, Richard postanawia towarzyszyć dziewczynie, która jest ścigana przez okrutnych morderców: Pana Croupa i Pana Vandemara. Po drodze dołącza do nich tajemnicza Łowczyni i jeszcze bardziej tajemniczy Markiz de Carabas. Razem postanawiają odnaleźć anioła Islingtona, która jako jedyny może im pomóc: Richardowi wrócić do jego świata- Londynu Nad, a Drzwi odkryć sekret związany z tragiczną śmiercią całej jej rodziny.”


Odnoszę wrażenie, że od jakiegoś czasu (a właściwie to od sukcesu Stephanie Meyer), wszystkie książki fantasy są pisane na temat wampirów. Gdzie się nie odwrócić, księgarniane półki uginają się pod ciężarem książek o istotach rodem z piekła i ich przygodach miłosnych ze śmiertelnikami. Każda z nich jest powieleniem kolejnej, zawiera w sobie element znany każdemu, kto przeczytał „Zmierzch”, przygody o Sookie Stackhouse czy „Kroniki Wampirów”. Nie wiem jak Wy, ale ja czuję się jak podczas jakiegoś oblężenia. Chcąc trochę odetchnąć od oklepanych fabuł, po dłuższych poszukiwaniach, natrafiłam na wciśnięty w kąt „Nigdziebądź”. Książka raczej niepozorna, wymiary niezbyt imponujące, za to okładka przykuwa wzrok. No i opis wydawnictwa! Ucieszona swoim znaleziskiem, z entuzjazmem pobiegłam do kasy i wydałam swoją miesięczną wypłatę kieszonkowego, ale uważam, że było warto.
„Nigdziebądź” należy do tych nielicznych książek, które od deski do deski są oryginalne. Może jestem w błędzie, ale nie znalazłam ani grama podobieństwa do żadnych sobie znanych lektur. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z czymś takim jak Londyn Pod i Londyn Nad, ani ze Szczuromówcami. Długo by można wymieniać świeże pomysły Neila Gaimana, ale jestem pewna, że o wiele ciekawiej jest przekonać się o nich samemu.
Nie tylko miejsca i bohaterowie zaskakują swoją odmiennością, ale także opisy nie są banalne. Autor tworzy bardzo dobre porównania, co pomaga wyobraźni czytelnika. Czytając niektóre z nich, uśmiechałam się do siebie, co przyciągało wzrok moich sąsiadów w autobusie. Na początku narracja jest dość zdawkowa, ale później ulega to zmianie. Za wadę można uznać to, że nietuzinkowe opisy są umieszczone nierównomiernie, w niektórych miejscach jest ich za dużo, z kolei w innych zieją pustki, które można było nimi zapełnić.
Akcja jest szybka, dzięki czemu czytelnik nie cierpi na nudę, ale o dziwo, nie dostaje też zadyszki. Wątki główne mamy dwa: pragnącą zemsty za mord na rodzinie Drzwi, oraz tęskniącego za rutyną swojego dawnego życia Richarda. Bohaterowie ewoluują, zmieniają się ich poglądy oraz marzenia, co bardzo się chwali autorowi- dzięki temu postacie nie są papierowe. Poza tym, żadna z nich nie pozostaje dla czytelnika obojętna, każda pozostawia po sobie jakieś emocje, co również wychodzi na plus Neilowi.
Polecam „Nigdziebądź” wszystkim fanom fantastyki. Niezwykle przyjemnie i łatwo czytało mi się tę książkę, z powodzeniem zapominałam chociaż na chwilę o widmach sprawdzianów, które się nade mną unosiły. Książka jest oryginalna i pobudza wyobraźnię. Naprawdę warto po nią sięgnąć!  

sobota, 18 września 2010

"Dawid Copperfield" tom I

Tytuł: „Dawid Copperfield” tom I
Tytuł oryginału: ‘The Personal History and Experience of
David Copperfield the Younger’
Autor: Charles Dickens
Rok wydania: 1850, 1888 pierwsze polskie wydanie
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Liczba stron: 408
Cena: około 25 zł
Moja ocena: 5
Opis:
„Dawid, utalentowany, wrażliwy chłopak, dzięki sile charakteru i konsekwencji w dążeniu do celu, pomimo osamotnienia i ubóstwa, zdobywa wykształcenie i wspina się na kolejne szczeble kariery. Wychowany przez bezdusznego ojczyma, zostaje wysłany do szkoły, gdzie spotyka przyjaciół pomagających mu przetrwać ciężkie szkolne czasy. Opisując z niezrównanym mistrzostwem dzieciństwo Dawida, następnie jego dojrzewanie i dorosłe życie, Dickens ukazuje cały szereg barwnych, ekscentrycznych postaci: pannę Betsy Trotwood, pana Dicka, państwo Micawberów, składających się na panoramę społeczeństwa angielskiego XIX wieku.”

Niektórzy ludzie nie przepadają za klasyką literatury, wolą coś nowszego. Ja jednak dałam się wciągnąć w magię starych książek. Kocham język, który wyszedł już z użycia, fascynuje mnie mentalność ludzi z dawnych epok, a także ich problemy, które wbrew pozorom przez te wszystkie lata i stulecia nie zmieniły się wiele. Lubię wyobrażać sobie świat mojej praprapra… babci, marząc, by kiedyś udało mi się zobaczyć go na własne oczy i zakupić suknię rodem z „Dumy i uprzedzenia”! Póki co, pozostają mi tylko książkowe podróże, konieczność wybierania co raz to nowych „biur podróży”. Ostatnim z nich jest niejaki Charles Dickens i jego Dawida Copperfielda, który spełnił moje oczekiwania i dał rozrywkę na długie godziny.
 Poznajemy Dawida w dniu jego przyjścia na świat, przyglądamy się kolejnym etapom jego życia. Obserwujemy zmiany, jakie w nim zachodzą za sprawą innych ludzi, a także wydarzeń. Pomimo to chłopiec nie pozbywa się swojej subtelności i wrażliwości, co więcej, zdaje się ona jeszcze bardziej pogłębiać. Bardzo podobało mi się jak ukazano rzeczy, które młodemu Copperfieldowi wydawały się zupełnie inne po przekroczeniu progu dorosłości. Przez to wszystko postać głównego bohatera nie jest papierowa. Charles Dickens w swoim dziele prezentuje nam różnobarwny wachlarz postaci, który wzbudza zachwyt oraz podziw i przede wszystkim sprawia wrażenie rzeczywistego. W Dawidzie irytowała mnie tylko jego nadmierna płaczliwość, ale poza tym, to sympatyczny z niego człowiek.
Fabuła jest stosunkowo ciekawa, choć niektóre momenty nie były porywające. Wiele wydarzeń było rozciągniętych w czasie, nic się nie działo. Ale okresy nudy pisarz wynagradzał czytelnikowi zwrotami akcji, nie nagłymi, lecz zaskakującymi. Przy historii Dawida Copperfielda można się zrelaksować po ciężkim dniu spędzonym w szkole czy w pracy.
Język Dickensa wbrew pozorom jest łatwy do zrozumienia. Może to zasługa tłumacza, w każdym razie nie miałam problemów ze zrozumieniem co autor miał na myśli. Styl jest przyjemny, opisy uczuć trafne, wydarzenia zrelacjonowane klarownie i bez niedomówień. Podobały mi się bardzo opisy charakterów, ponieważ to sytuacje ujawniały ich osobowości- czytelnik sam dochodzi do tego jacy są bohaterowie.
Polecam „Dawida Copperfielda” wszystkim tym, którzy lubią Jane Austen. Jednak uczciwość nakazuje mi nadmienić, że nie jest to książka dla spragnionych mocnych wrażeń i sensacji. Lektura pozwala się rozluźnić i uspokoić skołatane nerwy, wywołując tylko leciutkie odbicie na emocjach. Już niebawem wybieram się do biblioteki po drugi tom i mam nadzieję, że Dawid zakocha się w tej osobie, której kibicuję.

piątek, 10 września 2010

"Infekcja" Tess Gerritsen

Tytuł: „Infekcja”
Tytuł oryginału: ‘Life Support’
Autor: Tess Gerritsen
Rok wydania: 1997, 2009 w Polsce
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 404
Cena: 29,90 zł
Moja ocena: 4+
Opis:
Na głowę doktor Toby Harper spadło wiele ciężkich problemów. Samotność, choroba ukochanej matki, a także problemy w pracy… Dodatkowo podczas jej dyżuru do izby przyjęć trafia starszy, nagusieńki mężczyzna, z dziwnymi objawami choroby, który po pewnym czasie ucieka ze szpitala. Zanosi się na proces. Jakby tego było mało, pacjentów z podobnym przypadkiem jest coraz więcej i wkrótce okazuje się, że epidemia jest czyimś zamierzonym działaniem…


Jestem zagorzałą fanką Tess Gerritsen i jej thrillerów medycznych, więc kiedy zobaczyłam na półce w Empiku jeszcze nieprzeczytaną książkę, prędziutko ją porwałam. Moją chęć pochłonięcia „Infekcji” zaogniła okładka, która wydaje mi się oszczędna, acz gustowna i dająca wiele do myślenia. Po prostu: intrygująca! Szkoda tylko, że tylna część lektury nie jest już taka „malownicza”, bowiem opis umieszczony przez wydawnictwo Albatros wydał mi się zbyt obszerny i ujawniający szczegóły fabuły. Dlatego postanowiłam, żeby nie odbierać potencjalnym czytelnikom przyjemności, która została mi odebrana, zamieścić swój opis i przestrzec przed przeczytaniem streszczenia z tyłu obwoluty.
Akcja rozwijała się dość wolno, jak na dynamiczną Tess Gerritsen. Z tego co pamiętam z jej poprzednich książek, fabuła już od pierwszej strony była bardzo zajmująca, natomiast w „Infekcji” sprawa ma się nieco inaczej: prolog jest zajmujący, potem następuje dłuuuga przerwa w prędkości wydarzeń, po czym znów jest ciekawie. Biorąc pod uwagę całą książkę, można nazwać ją ciekawą i niezwykle wciągającą (Tess Gerritsen posiada dar, który potrafi w niezwykły sposób zaczarować czytelnika tak, że nie może się on wprost od książki oderwać!). W niektórych momentach moje serce biegło jak szalone i omal nie przegapiłam przystanku autobusowego, przy którym wysiadam! Wprawdzie niektóre elementy, na przykład z kim zwiąże się Toby, były przewidywalne, ale większość była dla mnie zaskoczeniem. Wprawdzie w innych książkach tej autorki poziom zaskoczenia niemal wszystkimi faktami jest większy (mam tu na myśli na przykład „Dawcę”), to w „Infekcji” element ten także występuje.
Fakt pozostaje faktem: w książkach Tess Gerritsen występują podobne do siebie detale, czasami jest ich więcej, niekiedy mniej. A to wątek miłosny, a to zachowanie bohaterów… W „Infekcji” powielony został schemat pani doktor, która jako jedyna odkrywa prawdę i oczywiście nikt jej nie wierzy. Czasami mnie to lekko irytowało, ale biorąc pod uwagę całokształt czytadła, nie rzuca się tak bardzo w oczy i można go znieść.
Pióro pani Gerritsen można określić jako lekkie i przyjemne. Bardzo miło płynęło mi się poprzez „Infekcję” i z zaskoczeniem dobrnęłam do końca. Styl pisarki jest prosty, oszczędny w opisy przyrody, za to dokładny w charakterystyce bohaterów, co wpływa na postrzeganie akcji jako szybkiej przez czytelnika. Bardzo mi podobały mi się opisy chorób, które były wyjaśniane przez bohaterów w dialogach i co najważniejsze- nie wychodziły sztucznie. Z ciekawością śledziłam stawiane diagnoz i przebiegi dolegliwości.
Polecam twórczość Tess Gerritsen dla wszystkich zainteresowanych medycyną i jednocześnie szukających dobrej lektury. Wprawdzie brakowało mi stałych bohaterów pani Gerritsen, to znaczy detektyw Rizzoli i jej przyjaciółki- doktor Isles, ale jakoś to przebolałam. Z pewnością zagłębię się jeszcze dalej w dzieła tej pisarki, mam już na oku „Mumię”, której premiera odbyła się w zeszłym miesiącu. Życzę miłego czytania!

piątek, 3 września 2010

"Powrót Niani" Nicola Kraus & Emma McLaughlin

Tytuł: „Powrót Niani”
Tytuł oryginału: ‘Nanny Returns ’
Autor: Nicola Kraus & Emma McLaughlin
Rok wydania: 2009, 2010 w Polsce
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 395
Cena: 34,90 zł
Moja ocena: 2
Opis:
„Nanny jest już dorosła. Ma wspaniałego męża, myśli o dziecku, robi karierę w Nowym Jorku. I wtedy w jej życie wkraczają znowu Państwo X. A dokładnie prawie dorosły już Grayer i jego młodszy brat Stilton. Tym razem potrzebują niani, która stawi czoło problemom, jakie mogą sprawić tylko mieszkańcy domów przy najdroższej ulicy świata.
Czy Nanny wytrzyma konfrontację z zamożnymi żonami nowojorskich bankierów? Zakupoholiczkami żyjącymi o wodzie i marchewce, specjalistkami od operacji plastycznych i kart kredytowych? Młodymi matkami, które posyłają dzieci na tai-chi dla maluchów, władczyniami Piątej Alei?”

Co za nuda! Nigdy więcej  tego typu książek! Męczyłam się potwornie nad dotarciem do upragnionego końca „Powrotu Niani” i odetchnęłam z ulgą, kiedy wreszcie odwróciłam ostatnią stronę. Nie miałam pojęcia, że mam w sobie pokłady tak silnej woli, która kazała mi dokończyć tę lekturę miast zająć się ciekawszą. Pierwsza część była znośna, za to druga to po prostu dno!
 Zacznijmy od kompletnego braku humoru w tej książce. Ilość sytuacji wywołujących uśmiech można by policzyć na palcach jednej ręki. I raczej nie opływają one w inteligentne żarty. Moim zdaniem dobre czytadło musi zawierać w sobie wszystko to, co w ludzkim życiu się mieści, to znaczy śmiech, łzy, rezygnacja i tak dalej, i tak dalej. A tutaj tego po prostu nie ma, a jeśli jest, to w śladowych ilościach.
Fabuła po prostu wyolbrzymiona. O tyle o ile była ona w miarę realistyczna w poprzedniej części, w tej jest nie do przyjęcia! Nie chce mi się jakoś wierzyć, żeby wydarzenia z „Powrotu Niani” mogły mieć miejsce w rzeczywistym świecie. Jeśli już się decyduje na historię osadzoną we współczesnych nam czasach, należy dobrać fakty tak, aby pasowały do nakreślonego świata. No chyba, że prawdą jest, że bogate kobiety zostawiają swoje dzieci pod opieką niemal całkowicie nieznajomej kobiety. No chyba, że prawdą jest, że w Nowym Jorku szkoły mają lądowiska dla helikopterów na dachu po to, aby uczniowie nie musieli stać w korkach ulicznych… Słowem- wszechobecna przesada!
Albo mi się wydaje, albo naprawdę wiele wątków z „Powrotu Niani” nie zostało pociągniętych do końca. Obawiam się, że się nie mylę i faktycznie tak jest. Nie można robić czegoś takiego, moim zdaniem, bo to irytuje czytelnika i wzbudza niechęć do autorów. Poza tym, odbiera mu całą przyjemność czerpania satysfakcji z zakończenia książki. Owszem, w niektórych dziełach ucięcie fabuły w pewnym momencie i pozostawienie dalszych losów bohaterów jest dobrym wyjściem, ale uważam, że trzeba mieć w tym pewną wprawę i robić to „ze smakiem”, czyli przede wszystkim z wyczuciem.
Jest jeden, maleńki plusik w tej książce- stylowi narracji raczej nic nie można zarzucić. Jest lekki, i chyba tylko to przytrzymywało mnie przed trzaśnięciem książką o stół! Wprawdzie uważam, że w „Niani w Nowym Jorku” był lepszy, to tutaj również nie jest zły. W końcu tytułowa bohaterka jest dorosła i zmienił się jej sposób bycia!
Podsumowując: niesamowicie nudny tom! Cieszę się, że mam go już za sobą. Chyba raz na całe trzysta dziewięćdziesiąt pięć stron serce zabiło mi mocniej i szybko wróciło do swojego stałego rytmu. Może, może w dalekiej przyszłości, kiedy na całym świecie pozostaną tylko dzieci pióra Nicoli Kraus i Emmy McLaughlin, to wtedy po nie sięgnę. No, może jeszcze wtedy, kiedy nie będę miała nic lepszego do czytania. Ale w żadnym innym przypadku nie zbliżę się do książek tych autorek na odległość mniejszą niż kilometr!

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

"Bez mojej zgody" Jodi Picoult

Tytuł: „Bez mojej zgody”
Tytuł oryginału: ‘My sister’s keeper ’
Autor: Joudi Picoult
Rok wydania: 2004
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 439
Cena: około 30 zł
Moja ocena: 6
Opis:
„Annie nic nie dolega, a mimo to żyje ona tak, jakby była obłożnie chora. W wieku trzynastu lat ma już za sobą niejedną operację, wielokrotnie oddawała krew, żeby utrzymać przy życiu swoją starszą siostrę Kate, która we wczesnym dzieciństwie zapadła na białaczkę. Anna została poczęta w sztuczny sposób, tak aby jej tkanki wykazywały pełną zgodność z tkankami siostry. Jest dla niej dawcą idealnym. Aż do tej pory akceptowała tę życiową rolę. Teraz Anna, wzorem większości nastolatków, zadaje sobie pytania dotyczące tego, kim jest naprawdę. Różnica pomiędzy nią a większością nastolatków polega na tym, że przez całe życie postrzegano ją wyłącznie przez pryzmat siostry i tego, co dla niej robi. Anna dojrzewa do podjęcia decyzji, która dla wielu osób byłaby nie do pomyślenia, decyzji, która podzieli jej rodzinę, a dla ukochanej siostry będzie oznaczać śmierć.”

Ciężko mi było przeczytać  tę książkę, a następnie napisać jej recenzję, bowiem temat umierania dzieci jest w mojej rodzinie, a także otoczeniu bliski. Dawniej zastanawiałam się dlaczego ludzie tak bardzo żałują młodych ludzi, którzy odchodzą na tamten świat. Nie widziałam różnicy pomiędzy śmiercią osoby niedojrzałej i starej. Ale dzisiaj, kiedy obok mnie umiera człowiek poniżej piątego roku życia, wiem o co chodziło moim najbliższym.
„Bez mojej zgody” to opowieść niewątpliwie trudna. Pozostawia wiele pytań bez odpowiedzi, jest polem do dyskusji nad poczuciem moralności, a miłością do własnych dzieci. Pokazuje tragedię jednej rodziny widzianą oczami jej członków. Urzekło mnie to bardzo, bowiem każda osoba miała na to inne spojrzenie, inny sposób radzenia sobie z tym, a pomimo to ból był tak samo rozdzierający i nie do zniesienia. Obraz ciepłego i bezpiecznego domu, jakie każde dziecko ma, a przynajmniej mieć powinno, tutaj zostaje zakłócony- w każdej chwili może się okazać, że na pomoc jest już za późno. Czytając tę książkę z każdą następną stroną dziękowałam Bogu, że nie jestem którąś z głównych bohaterów.
Rozumiem matkę Anny, a jednak żywię do niej nienawiść za to, co zrobiła swoim dzieciom. Sądzę, że nie tylko zraniła najmłodsze z nich, ale także dwoje pozostałych. Tak bardzo skupiała się na Kate, że zaniedbała swojego syna, który z czasem popadł w niebezpieczny nałóg. I to mi się nie podobało, że słabość Jesse’ego była tak łatwa do przewidzenia i autorka tak szybko ją ujawniła. Wiem, że nie to było istotą tej książki, ale uważam, że mogłoby być inaczej.
Finał „Bez mojej zgody” był dla mnie absolutnym zaskoczeniem. Nie mogłam wyjść z podziwu jak bardzo okrutna okazała się Judi Picoult, a jednocześnie jak bardzo ujawniło się dobro jej pióra! Uważam, że nie ma nic lepszego niż bestialski pisarz- to nadaje jego dziełom realizmu.
Styl pani Picoult jest przyjemny, przez co lekturę czytało się bez większego zmęczenia, jak to bywa w niektórych przypadkach. Wielki plus dla autorki! Wprawdzie czułam się zdezorientowana wszystkimi nazwami medycznymi i tak dalej, ale dało się je przeżyć.
Płakałam. Nad tą książką nie da się nie uronić choćby jednej łzy, dlatego odradzam ją czytelnikom o słabszych nerwach. Na pewno za jakiś czas sięgnę po inne książki tej autorki, ponieważ zachwyciły mnie jej emocjonalno-moralne tematy. W sumie najbardziej w tej książce nie zaszokowała mnie bezlitosność losu, lecz siła zwykłych ludzi.

piątek, 27 sierpnia 2010

"Niania w Nowym Jorku" Nicola Kraus & Emma McLaughlin

Tytuł: „Niania w Nowym Jorku”
Tytuł oryginału: ‘The Nanny Diaries.’
Autor: Nicola Kraus & Emma McLaughlin
Rok wydania: 2002, w Polsce 2003
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 334
Cena: około 30 zł
Moja ocena: 4

Opis:
Niania w Nowym Jorku to historia dwudziestokilkuletniej Nanny, która jako opiekunka czteroletniego chłopca staje się świadkiem rodzinnego piekiełka skrywanego za pozorami normalności.
Młode autorki, wcześniej pracujące jako zawodowe nianie, z drapieżną ironią ukazały współczesny model rodziny, wynaturzony przez wszechobecny kult konsumpcjonizmu: pozbawioną uczuć matkę, nieobecnego i zajętego romansami w pracy ojca i dziecka tęskniącego za miłością i czułością rodziców.
Niania w Nowym Jorku to opowieść pełna ciętego humoru, a przy tym wzruszająca i na wskroś prawdziwa. To z jednej strony wariacko śmieszny opis licznych perypetii, a z drugiej- gorzka satyra na styl życia, w którym wszystko ma większą wartość niż uczucia najbliższych.”
„Nianię w Nowym Jorku” znalazłam w bibliotece na najniższej półce pod „Literaturą angielską”. Za pierwszym razem ją odłożyłam, za drugim porwałam ze sobą zachęcona okładką, która przypadła mi do gustu. Po opisie z tyłu okładki nastawiłam się na coś innego, może nawet porządną, wielowarstwową opowieść o dysfunkcyjnej rodzinie. Znalazłam lekką, przyjemną lekturę, choć z kilkoma brakami.
Książka nie była specjalnie wciągająca, choć uważam, że „przyciągała”. Przebrnęłam przez nią raczej beznamiętnie, choć zdarzały się momenty stresujące czy rozczulające, ale było ich mało. Przez „Nianię w Nowym Jorku” raczej przepłynęłam jak przez wodę pełną smoły, która mnie opóźniała i wprawiała w otępienie.  Niektóre momenty były trochę nudne, ale nie zniechęciło mnie to skończenia lektury.
Nicolę Kraus i Emmę McLauglin wyróżnia łatwy i przyjemny styl, co jest dużym atutem ich dzieła. Nie jest on jednak wolny od potknięć.  W „Niani w Nowym Jorku” zawarto wiele anegdot, choć niektóre z nich w ogóle mnie nie bawiły. Na początku humor w tej książce wydał mi się ostentacyjny poprzez wulgaryzmy, które z założenia autorek miały śmieszyć. Niestety, nie udało się. Przekleństwa potrafią być śmieszne, ale tylko wtedy, kiedy są użyte „ze smakiem”. Jeszcze jedną skazą w sposobie pisania są ciągłe nazwy a przykład projektantów mody, aktorów, sklepów, a także ciągłe porównania do postaci z bajek i filmów.
Główna bohaterka i jej podopieczny wzbudzili moją sympatię, natomiast pracodawcy Nanny nie, zgodnie z założeniem pisarek. Mimo, że „Niania w Nowym Jorku” nie wywoływała we mnie huraganu uczuć, to zachowania rodziców Grovera niesamowicie mnie irytowały i uruchamiały pokłady współczucia dla chłopca oraz jego opiekunki.
Nie wiem, czy sięgnę po drugą część, noszącą tytuł „Powrót Niani”. To się okaże, jak na razie mam ciekawsze książki do czytania. Ale film na podstawie książki, którą zrecenzowałam obejrzę na pewno!

wtorek, 24 sierpnia 2010

"Wampir Lestat" Anne Rice

Tytuł: „Wampir Lestat”
Tytuł oryginału: ‘The Vampire Lestat’
Autor: Anne Rice
Rok wydania: 1985, 2005 w Polsce
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Liczba stron: 646
Cena: około 35 zł
Moja ocena: 6-
Opis:

„Lestat, stwórca Louisa de Pointe du Lac i Claudii- dwojga bohaterów Wywiadu z wampirem- opowiada własną historię.
Przebudziwszy się po pięćdziesięciu pięciu latach, zostaje gwiazdą rocka. Jego dzieje są jednak długie i mroczne- sięgają osiemnastego wieku. Był wówczas aktorem w Paryżu, został wampirem i podróżował po Europie w poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące go pytania. Kiedy wreszcie odnalazł pierwsze wampiry, z poszukującego stał się ściganym.
Lestat uzupełnia wiele wątków podjętych przez Louisa w Wywiadzie z wampirem, snując dramatyczną opowieść o życiu-nie-życiu, którego nigdy nie pragnął.”

Spodziewałam się, że historia Lestata będzie taka sama jak Louisa, z różnicą imion i niektórych faktów. Miłe było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że losy stworzyciela głównego bohatera „Wywiadu z Wampirem” są odmienne i o wiele ciekawsze! Choć konwencja narracji w formie pamiętników jest podobna, to fabuły książek same w sobie różnią się bardzo. Oto mamy złotowłosego Lestata, który opowiada nam o dziejach sprzed swojej przemiany w demona. Mężczyzna przedstawia nam wydarzenia, które miały wpływ na jego dalsze losy i rozumienie świata. Ilość mroku na metr kwadratowy można by liczyć w hektolitrach! Opowiada o swej chłodnej rodzinie oraz kontrastującej z nią własnej wrażliwości. Okazuje się, że Lestat to niespełniony artysta duszący się w prowincjonalnym miasteczku. Po wielu trudach jego marzenie się spełnia, ale niestety jest obkupione straszną ofiarą przed którą bohater zaciekle się bronił.
„Wapir Lestat” jest odpowiedzią na wszystkie niedomówienia zawarte w „Wywiadzie z Wampirem”. Dodatkowo pełno w nim nowych wątków i ciekawostek z historii krwiopijców. Z zapartym tchem śledziłam opowieści coraz to nowych bohaterów, którzy wzbudzali we mnie fascynację, a których w „Wampirze Lestacie” nie brakuje. Wplecenie w ich losy znanych legend z różnych części świata nie było banalne, ale umiejętnie i ze smakiem wykonane.
Anne Rice nakreśliła wartką akcję wzbudzającą dreszcze emocji o wiele większe niż to było w przypadku pierwszej części „Kronik Wampirów”. W niektórych momentach szaleńczo przewracałam strony, aby dowiedzieć się jak potoczą się losy bohaterów. W przeciwieństwie do „Wywiadu z Wampirem”, tutaj wydarzenia nie są tak bardzo „rozjechane” w czasie, za to występują z większą częstotliwością. Jedyne, co mnie irytowało, to nudnawe niekiedy monologi czy dialogi postaci. Czasami wręcz się w nich gubiłam i nie miałam siły po raz kolejny do nich wracać.
Autorka z precyzją przedstawia nam uczucia i nastroje bohaterów, szczególnie Lestata. Opisy sprawiały, że czułam pewną bliskość z tytułowym bohaterem. Nie tylko to czyniło „Wampira Lestata” przyjemnym w czytaniu. Podziały na części, podrozdziały i przyjemny styl ułatwiały przedzieranie się przez gąszcz liter.
Zakończenie było dla mnie niemałym zaskoczeniem. To właśnie na samym końcu czułam szczególną więź z przyjacielem Louisa, a także odnosiłam wrażenie, jakbym uczestniczyła w wydarzeniach. Pisarka spisała się na medal!
„Wampira Lestata” polecam gorąco. Przedstawia inne spojrzenie na wampiry, niż zostało to ukazane między innymi w sadze Stephanie Meyer. Na początku pomysł Lestata w wydaniu rockmana wydał mi się głupi i śmieszny, jednak w trakcie czytania zmieniłam do niego nastawienie. Nie mogę się doczekać kiedy sięgnę po następną część „Kronik wampirów”!

sobota, 14 sierpnia 2010

"Papla" Meg Cabot

Tytuł: „Papla”
Tytuł oryginału: ‘Queen of Babble’
Autor: Meg Cabot
Rok wydania: 2006
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 285
Cena: około 24 zł
Moja ocena: 5-
Opis:

„Lizzie wybiera się do Europy zobaczyć się z dawno niewidzianym ukochanym. Niestety, spotkanie kończy się zupełnie nieprzewidzianie. Lizzie zamiast w Londynie musi spędzić miesiąc we francuskiej winnicy. Może umili go jej towarzystwo przystojnego syna właścicieli. Ale zdaje się, że już go gdzieś widziała… To z nim zawarła przypadkową znajomość w pociągu- i zdradziła mu swoje największe sekrety. Przecież miała go już nigdy nie spotkać! Skłonność do gadulstwa znów wpędza Lizzie w zakłopotanie. I w kłopoty…”

Jak dotąd byłam sceptycznie nastawiona do książek dla nastolatek, jednak kiedy wybrałam się do biblioteki i byłam zmuszona przez niecierpliwe chrząknięcie pani bibliotekarki porwać pierwszą lepszą lekturę, w moje ręce wpadła „Papla”.  Okładkę skomentowałam krzywym uśmiechem, ale nauczona doświadczeniem starałam się nie zniechęcać. Opłaciło się.
„Paplę” warto przeczytać chociażby ze względu na szczyptę humoru w niej zawartego. Uśmiałam się niesamowicie przy wpadkach głównej bohaterki, choć przyznam, że niektórymi byłam zażenowana. Przeważa komizm sytuacyjny, choć charakterologiczny także jest wyczuwalny. Przyjemna narracja pierwszoosobowa i lekkie problemy głównych bohaterów pozwalają czytelnikowi się odstresować.
 Irytowały mnie niektóre monologi Lizzie, a także wkładki zawierające fragmenty jej pracy licencjackiej na temat historii mody. Niemal wszystkie były ciekawe, jednak nie kiedy przerywały najciekawsze momenty.
Meg Cabot zawarła w tej lekturze wiele „erotyki”, której opisy, powiedzmy sobie szczerze, wywoływały rumieńce na moich policzkach. Dobrze, że autorka nie „owija w bawełnę” zasłaniając się bocianami i innymi, ale po co robi to w tak, miejscami, ordynarny sposób?
Bohaterowie wydali mi się sympatyczni, choć niektórzy papierowi. Z drugiej strony miało to swoje plusy ujawniające się w „lekkości” „Papli”. Główna bohaterka (choć głupiutka) pozyskała sobie moją sympatię, więc ze ściśniętym sercem obserwowałam jej perypetie miłosne i nie tylko.
„Papla” sprawiła, że choć trochę bardziej przystępnie zaczęłam patrzeć w stronę książek dla nastolatek. Po niechęci jaką pozostawiła we mnie Meg Cabot po przeczytaniu „Pamiętników księżniczki” pozostało niewiele. Mam zamiar sięgnąć po następne dwie części „Papli”, o ile znajdę je w mojej bibliotece.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

"Rzeźnik drzew" Andrzej Pilipiuk

Tytuł: „Rzeźnik drzew”
Autor: Andrzej Pilipiuk
Rok wydania: 2009 w Polsce
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 479 str.
Cena: około 34, 90 zł
Moja ocena: można, nie trzeba
Opis:
„Samo mięcho, 12 fachowo sprawionych opowiadań. Przetrącony kręgosłup ziemskiej cywilizacji. Terroryści. Rewolucjoniści. Łowcy zombiaków. Pokrzyżowane szyki. Mroczne śledztwa. Ci wspaniali Kozacy. Widokówka z Petersburga. Szczypta PRL-u. Trochę po chińskiemu… Trzeszczą granice światów. I spotkanie ze starym znajomym, doktorem Skórzewskim.
Jak to u Pilipiuka: zaskakujące koncepty, solidna porcja grozy i humoru. Słowem, wióry lecą.”

„Rzeźnik Drzew” mnie zawiódł. Spodziewałam się zupełnie czegoś innego. Czytając opis na tyle okładki w mojej głowie powstał obraz dobrej fantastyki, który nieco minął się z rzeczywistością. Spośród dwunastu opowiadań zebranych w „Rzeźniku Drzew”, tylko o sześciu mogę wypowiedzieć się dobrze.
Zacznijmy od tego, co w książce było dobre. Z pewnością styl autora przypadł mi do gustu. Narracja nie pozostawiała niejasności, przez co komunikacja między autorem a czytelnikiem była bardzo klarowna. Opisy wywarły na mnie dobre wrażenie, głównie przez to, że uwypukliły szeroką wiedzę pana Pilipiuka na podejmowane przez siebie tematy, np. w opowiadaniu pt. „Czytając w ziemi” opowiadające o archeologach. Pisarz w sposób szczegółowy opisał pracę przy wykopaliskach. Wiele jest autorów, którzy piszą o sprawach całkowicie dla siebie obcych, przez co ich dzieła wyglądają mało realistycznie. Wielki plus dla Andrzeja Pilipiuka!
Niektóre opowiadania (mam na myśli „Czytając w ziemi”, „Serce Kamienia”, „Poddasze” i „Teatralną opowieść”) autor przyprawił szczyptą „dreszczyku”. Duchy i tajniki magii zawsze przyspieszały bicie mojego serca. „Sprawa Filipowa” i „Bunt szewców” pochodziły z gatunku science fiction i po ich przeczytaniu z zaskoczeniem stwierdziłam, że mam zadatki na fankę tego gatunku.
Szkoda tylko, że historie były takie krótkie. Już, już zaczynały mnie wciągać, aż tu nagle zaskoczona natrafiałam na ich koniec. Może gdyby każdy tytuł rozwinąć w formie książki sytuacja uległaby zmianie?
Poza tym odniosłam silne wrażenie, że bohaterowie różnych opowiadań mieli podobny tok myślenia. Niemal wszyscy najpierw nie wierzyli w podsuwane im historie o duchach itd., aż tu pewnego dnia trach! i ich światopogląd ulega zmianie. Wydaje mi się, że gdyby autor choć raz odwrócił bieg rozumowania postaci, czytelnik odniósłby wrażenie, że są one choć trochę od siebie różne.
„Szkolenie”, „Rzeźnik drzew”, „Operacja „Jajca””, „Szantaż”, „Połoz”, „Ślad oliwy na piasku”- to opowiadania, które nie wywołały we mnie żadnych uczuć, prócz głębokiego znudzenia. Nie było w nich niczego, co mogłoby mnie ewentualnie zaciekawić. No, może pierwsze dwa zapowiadały się całkiem obiecująco, ale niestety na tym się skończyło.
„Rzeźnik Drzew” to chyba pierwsza książka wydawnictwa Fabryki Słów jaką miałam w ręce i z miłą chęcią dopadnę inne. Podoba mi się okładka opowiadań Andrzeja Pilipiuka, do rysunków w środku także nie mam zastrzeżeń. Jestem raczej przeciwniczką ilustrowanych lektur (no chyba, że są to baśnie), ale tutaj grafiki wywarły na mnie dobre wrażenie. Poza tym „Rzeźnik Drzew” zawiera minimalną ilość literówek i innych błędów.
          Uważam, że dla tych sześciu dobrych opowiadań warto kupić „Rzeźnika Drzew”. Nie uważam, żeby były konieczne do przeczytania dla każdego entuzjasty gatunku fantasy, ale można o nie zaczepić. Mimo, że „Rzeźnik drzew” nie wywołał we mnie głębokiego zachwytu, zamierzam sięgnąć po inne książki Andrzeja Pilipiuka. Z dala jednak będę trzymać się od opowiadań tego autora!

piątek, 6 sierpnia 2010

"Tajemnica rezydencji Chimneys" Agatha Christie

Tytuł: „Tajemnica rezydencji Chimneys”
Tytuł oryginału: ‘The Secret os Chimneys’
Autor: Agatha Christie
Rok wydania: 1925, w Polsce 2010
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron: 299
Cena: 16,99 zł
Moja ocena: można, nie trzeba
Opis:

„KANDYDAT NA KRÓLA PODEJRZEWANY O MORDERSTWO
-Czy pan uważa, że ów człowiek nie był tym, za kogo się podawał?- spytała ostro Virginia.
-Taka ewentualność przyszła mi do głowy. Gdyby udało się pani skłonić lorda Caterhama do pokazania pani zwłok, sprawa od razu by się wyjaśniła.
-Zastrzelono go o jedenastej czterdzieści pięć- powiedziała z zadumą.- Godzina, która była wypisana na tym skrawku papieru. Wszystko to jest strasznie tajemnicze.”

Bardzo lubię Agatę Christie. Przeczytałam już kilka z jej książek, i wszystkie przypadły mi do gustu. „Tajemnicę rezydencji Chimneys” porwałam z półki empiku bez zastanowienia. Czy się opłaciło? Z pewnością, bowiem lektura przysporzyła mi wielu emocji.
Jak większość kryminałów tej autorki, akcja rozwija się wolno. Minęło chyba sto stron, zanim tempo się rozwinęło. Wcześniej zdarzenia raczej nie wywołują dreszczyku. Jednak z każdą przewracaną stronę sytuacja ulega zmianie do tego stopnia, że przegapiłam odcinek dr Housa na rzecz „Tajemnicy rezydenci Chimneys”.
Niewątpliwie książki pani Christie są gimnastyką dla umysłu. Czytelnik może z pełną swobodą rozmyślać nad rozwiązaniem zagadki nieskrępowany przemyśleniami głównego detektywa tego, który już od dawna zna, lub podejrzewa kto jest mordercą. Uwielbiam bawić się w śledczego, typować mordercę i jego wspólników, a także motyw zbrodni- jest to z pewnością o wiele lepsza łamigłówka niż krzyżówki czy sudoku.
Zakończenie książki było dla mnie niebywałym zaskoczeniem. Nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Nie wszyscy byli tymi, za kogo się podawali. Nie zabrakło wątku miłosnego, choć nie był on specjalnie wyszczególniony. Finał wynagrodził mi strony, które przemierzałam z obojętnością.
To, czego zawsze brakuje mi u Agaty Christie to opisy, które z pewnością dodałyby więcej grozy i przyprawiłyby czytelnika o dreszczyk emocji. Kryminały tej autorki, to zbiór suchych faktów. Ma to swoją zaletę, bowiem nie rozpraszają odbiorcy, dzięki czemu może skupić się na śledztwie. Mimo to uważam, że wtrącenia o pogodzie czy krajobrazie z pewnością uczyniłyby „Tajemnicę rezydencji Chimneys” jeszcze ciekawsze.
Wydawnictwo Dolnośląskie jak zwykle spartaczyło sprawę. W kryminale pełno jest literówek, błędów interpunkcyjnych, a także wypowiedzi różnych postaci są usytuowane na tym samym poziomie, czy źle zaznaczone. Tak samo było między innymi w „Zmierzchu”, również wydanym przez to samo wydawnictwo.
Podsumowując, lubię Agatę Christie, choć nie jest moją ulubioną autorką. Mimo, że fabuła jest doskonale opracowana, co do szczegółu, to styl autorki mi się nie podoba. Jałowość „Tajemnicy rezydencji Chimneys” razi w oczy i wpływa na moje postrzeganie całości. Uważam, że „Tajemnica rezydencji Chimneys” nie jest najlepszym kryminałem tej pisarki. Z pewnością sięgnę po inne. 

środa, 4 sierpnia 2010

"Efekty Świetlne" Miranda Beverly-Whittemore

Tytuł: „Efekty świetlne”
Tytuł oryginału: ‘The efects of light’
Autor: Miranda Beverly- Whittemore
Rok wydania: 2005, w Polsce 2007
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 314+ podziękowania
Cena: około 10 zł
Moja ocena: nic ciekawego
Opis:

„Kate Scott jest zadowolona ze swojego życia- wykłada na uniwersytecie, spotyka się z przystojnym, inteligentnym mężczyzną. Nosi w sobie jednak tajemnicę… Gdy pewnego dnia otrzymuje lit od adwokata z rodzinnego miasta, wracają wspomnienia sprzed lat. Wtedy w galeriach ukazały się fotografie dzieci- przez jednych okrzyknięte dziełami sztuki, przez innych nazwane dziecięcą pornografią. Do tych zdjęć pozowała wraz z siostrą mała Kate. Czy taka sesja fotograficzna może zmienić całe życie?”

W księgarni stanęłam przed wyborem pomiędzy „Efektami świetlnymi”, a jakąś inną książką. Dzisiaj wiem, że źle zrobiłam. Od dawna nie czytałam bardziej nudnej lektury, a przebrnęłam przez nią tylko dlatego, że nie potrafię zostawić książki, którą już zaczęłam.
Zagraniczne czasopisma takie jak „Marie Claire” czy „Book Page”, których fragmenty wypowiedzi znalazły się na odwrocie okładki stwierdziły między innymi, że „Efekty świetlne” połyka się w jeden wieczór i że zostaje w głowach i w sercach na długo po tym, kiedy czytelnik przez nią przebrnie. Z niecierpliwością czekałam na ostatnią stronę i niestety musze stwierdzić, że „Efekty świetlne” wryły się w moją pamięć jako sztuczne i nudne.
Zacznijmy od początku. Pomysł z opisaniem fotografii uważam za dobry. Czytelnik mógł sam osądzić na ich podstawie oraz dzięki swojej wyobraźni, czy zdjęcia były pornograficzne, czy niewinne. I tu jak na razie kończą się plusy, bowiem następnie poczułam się rzucona na głęboką wodę. Mamy oto opis sytuacji w pierwszej osobie, chwilę potem autorka rzuca nas na nieznany teren miłosnych wojaży niejakiej Kate Scott. Szczerze mówiąc zakręciło mi się od tego w głowie. Lubię, kiedy pisarz nie przestawia swoich bohaterów formalnie, lecz wprowadza w akcje bez zbędnych opisów. Lecz tutaj przed zaprezentowaniem prawidłowej akcji dzieje się jeszcze mnóstwo innych rzeczy! Niestety, ale bardzo mnie to zmęczyło i zniechęciło.
Potem jest już tylko gorzej. Nieustające tajemnice, nieracjonalne zachwiania nastrojów głównej bohaterki, jej depresje, wybuchy złości… no i ten nieszczęsny amant, którego poczynania także wydają się nieuzasadnione. Słowem: bohaterowie nie wzbudzają sympatii- są po prostu papierowi, ponieważ ich działania nie są niczym uzasadnione.
Podobało mi się to, że przeszłość mieszała się z teraźniejszością. Opowiadania siostry Kate o swoim dzieciństwie i czasach, kiedy robiły „zakazane” zdjęcia bywały nudne, ale sam pomysł był ciekawy. Tylko dlaczego czytelnik dowiaduje się dopiero przy zakończeniu o co w tym wszystkim naprawdę chodzi? Czyżby autorka chciała nakręcić spiralę tajemniczości wzbudzając w nas, czytelnikach, ciekawość tak silną, która napędzałaby palce do przewracania stron? Niestety, Beverly-Whittemore ten zabieg nie wyszedł.
Początek zakończenia tchnął we mnie nadzieję, że może wreszcie zacznie się coś dziać. Nic bardziej mylnego! Nadzieja została zduszona bezlitośnie w zarodku, niestety.
Na sam koniec dodam, że szyk zdań był porażający, w negatywnym tego słowa znaczeniu. Potem już się do tego przyzwyczaiłam, lecz na początku stanowiło to dla mnie istną męczarnię.
To chyba okładka „Efektów świetlnych” kazała mi je kupić. I po raz kolejny okazało się, że należy słuchać niektórych polskich przysłów.

czwartek, 29 lipca 2010

"Wywiad z wampirem" Anne Rice

Tytuł: „Wywiad z Wampirem”
Tytuł oryginału: ‘Interview with the Vampire’
Autor: Anne Rice
Rok wydania: 1976 na świecie, w Polsce 2005
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Liczba stron: 399
Cena:29 zł
Moja ocena: Warto przeczytać!!
Opis:
„Louis de Pointe du Lac, arystokrata z Luizjany, opowiada dziennikarzowi o swojej podróży przez życie i nieśmiertelność. Zmieniony w wampira przez ponurego Lestata, wiedzie egzystencję, której nie rozumie i do końca nie akceptuje. Jedyną jego towarzyszką jest Claudia- ukochana kobieta zaklęta w ciele dziecka. Łączy ich chęć poznania podobnych sobie istot i zajadła nienawiść do własnego stwórcy- Lestata. Nasyciwszy się zemstą, Louis i Claudia wyruszają na wyprawę do Europy, by znaleźć swoje miejsce i odpowiedzi na nurtujące ich pytania. Spotkany w Paryżu Armand wprowadza ich w społeczność wampirów.” 
„Wywiad z Wampirem” nie zaskoczył mnie- okazał się tak świetny jak sobie to wyobrażałam. Od początku do końca emanował tajemniczym i mrocznym klimatem. Zawarte w nim uczucia dotykały dogłębnie, rozterki głównego bohatera stawały się moimi rozterkami. Anne Rice sprawiła, że Louis i ja przez moment byliśmy jedną i tą samą postacią, która rozumiała świat i odczuwała go w taki sam sposób. Wybuchały we mnie nienawiść i sympatia na przemian do różnych bohaterów. Serce przyspieszało biegu wraz z sercem Louisa. Autorka stanęła na wysokości zadania i spełniła swój pisarski obowiązek budząc we mnie namiętności równe swoim bohaterom.
Wciągająca, poruszająca wiele tematów książka. Rozmowy głównych bohaterów skłaniały czytelnika do rozmyślania nad nieśmiertelnością i istotą śmierci. Można bowiem umrzeć na wiele, wiele lat przed śmiercią fizyczną. Anne Rice pokazuje, jak istota nieśmiertelna zatraca się w swej wieczności poprzez utratę sensu istnienia. Autorka zaznacza, jak zbawienna może być śmierć.
„Wywiad z Wampirem” to nie tylko stos egzystencjalnych rozważań, ale także akcja i groza życia wampirów. Nie ma w niej wielkich romansów, co odebrałam z wielką ulgą, jest za to miłość o różnych obliczach. Pisarka wciąga nas w wir wydarzeń, fabuła raz zwalnia, raz przyspiesza co nie czyni jej płaską i nierzeczywistą.
Sam koniec książki był dla mnie raczej zaskoczeniem. Spodziewałam się czegoś spokojnego, jednak myliłam się. Zakończenie jest ciekawe, niebanalne i intrygujące- skłania czytelnika do sięgnięcia po następną część „Kronik wampirów”. Zwykle zakończenia mnie wzbudzają we mnie zawód, jednak nie w tym przypadku!
Jedyne co mogę zarzucić tej książce to to, że Louis wydawał mi się miejscami zbyt uczuciowy jak na mężczyznę, jednak po dłuższym zastanowieniu doszłam do wniosku, że nie można powiedzieć, że ktoś jest zbyt wrażliwy. Jednak jego i nie tylko permanentny smutek bywał irytujący. Na początku trudno było mi się przyzwyczaić  do wtrąceń reportera, jednak z czasem wtopiły się w całość i przestały mnie drażnić.
Lektura godna polecenia każdemu wielbicielowi fantastyki. Pozwala oderwać się na chwile od rzeczywistości, stać się kimś innym. Miejscami przerażająca, ale to nadaje jej tylko rzeczywisty „wygląd”. Z pewnością sięgnę po następne książki tej autorki. „Wywiad z Wampirem” zdecydowanie warto przeczytać!