Nie
sądziłam, że na szpitalnym łóżku do gustu przypadną mi biografie, a konkretnie
jedna- „Miłośnica” Marii Nurowskiej, wydana po raz pierwszy w 1982 roku. Jest
to najwyższy dowód na to, że tę książkę można czytać wszędzie, że nie męczy i
należy raczej do zbioru lektur opatrzonych naklejką „w miarę lekkie”. Nurowska
po raz pierwszy przybliżyła mi postać Krystyny Skarbek. Przyznam szczerze, że
boję się biografii- sięgnęłam kiedyś po historię życia Ojca Pio (wszystkie
niedokończone książki „snują się” za mną oprócz tamtej). Z „Miłośnicą” sprawa
wygląda zupełnie inaczej, bowiem sama autorka przyznaje, że sfabularyzowała
nieco życie polskiej szpieg. Prawie wszystkie postacie poza narratorką i jej
przyjacielem są prawdziwe, niektórym jednak zmieniła nazwiska. Dialog z Andrzejem Kowerskim oraz dzienniki
Krystyny są fikcją literacką i sądzę, że warto o tym pamiętać (całe szczęście
Nurowska przyznaje się do tego, bowiem w przeciwnym razie „palnęłabym” coś w
towarzystwie ;)). Autorka opierała się na opowieściach swojego ojca o
Krystynie, a także na fragmentach nieprzetłumaczonej na język polski książki
Madeleine Masson „Christine”.
„Miłośnica”
obfituje w masę ciekawych anegdot, fragmentów artykułów prasowych i wypowiedzi
znajomych Krystyny. Przyznaję, że ze zniecierpliwieniem przekładałam kolejne
strony aby poznać dalsze losy jednej z najbardziej intrygujących polskich
postaci Drugiej Wojny Światowej. Wprawdzie z początku ciężko było mi się wgryźć
w fabułę, ponieważ zaczyna się, moim zdaniem, nieco chaotycznie. Autorka niemal
od razu rusza „z kopyta”. Mimo wszystko uważam, że zabieg ten jest udany z
uwagi na to, że w książce nie występuje suche przedstawianie postaci. Wprawdzie
czytelnik ma nieco mniejsze pole do wyciągania wniosków, ale w „Miłośnicy”
brakuje notek encyklopedycznych za co należą się ukłony w stronę autorki. Co do
wspomnianych wcześniej anegdot, mam pewne wątpliwości co do ich autentyczności,
ale jeśli naprawdę można wierzyć w tej kwestii temu, co jest napisane w
książce, to naprawdę mamy kim chwalić się za granicą, tym bardziej, że między
innymi Brytyjczycy wiele zawdzięczają Christine Granville.
Gdybym
miała określić jednym słowem styl Marii Nurowskiej, powiedziałabym, że jest
zgrabny. Może to niezbyt trafne porównanie ale uczucie towarzyszące wertowaniu tej
biografii przypomina to samo co podczas przeglądania książek Agaty Christie.
Trafne porówniania i gładkie przejścia trafiają do czytelnika, sprawiając, że
nie jest on w stanie się nudzić. Uwaga!- dobrym pomysłem nie jest czytanie tej
książki w łóżku, ponieważ zasypiając można zgubić wątek. Są lektury, które nie
wymagają wielkiej „przyczepności”, ale akurat ta do tych nie należy.
Okładka,
moim zdaniem, piękna. Kolory bardzo mi się podobają. No i to zdjęcie jest
zniewalające. Podobno Krystyna nie grzeszyła urodą, ale jej oczy posiadały
błysk z rodzaju tych, które przyciągają do siebie mężczyzn. Przeglądając
zdjęcia Krystyny w Internecie, nabrałam przekonania, że nie tylko w jej oczach
było coś, ale w uśmiechu również. Jeżeli jesteście ciekawi, zapraszam do
zajrzenia w Google. ;)
Słowem
zakończenia- naprawdę książka godna polecenia. Bardzo cieszę się, że
uczestniczę we „Włóczykijce”- dla takich książek warto zapisać się do akcji!
Książka z akcji Włóczykijka przekazana przez Księgarnię Matras.
Jeszcze w szpitalu, ale to już końcówka. :))
