poniedziałek, 30 sierpnia 2010

"Bez mojej zgody" Jodi Picoult

Tytuł: „Bez mojej zgody”
Tytuł oryginału: ‘My sister’s keeper ’
Autor: Joudi Picoult
Rok wydania: 2004
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 439
Cena: około 30 zł
Moja ocena: 6
Opis:
„Annie nic nie dolega, a mimo to żyje ona tak, jakby była obłożnie chora. W wieku trzynastu lat ma już za sobą niejedną operację, wielokrotnie oddawała krew, żeby utrzymać przy życiu swoją starszą siostrę Kate, która we wczesnym dzieciństwie zapadła na białaczkę. Anna została poczęta w sztuczny sposób, tak aby jej tkanki wykazywały pełną zgodność z tkankami siostry. Jest dla niej dawcą idealnym. Aż do tej pory akceptowała tę życiową rolę. Teraz Anna, wzorem większości nastolatków, zadaje sobie pytania dotyczące tego, kim jest naprawdę. Różnica pomiędzy nią a większością nastolatków polega na tym, że przez całe życie postrzegano ją wyłącznie przez pryzmat siostry i tego, co dla niej robi. Anna dojrzewa do podjęcia decyzji, która dla wielu osób byłaby nie do pomyślenia, decyzji, która podzieli jej rodzinę, a dla ukochanej siostry będzie oznaczać śmierć.”

Ciężko mi było przeczytać  tę książkę, a następnie napisać jej recenzję, bowiem temat umierania dzieci jest w mojej rodzinie, a także otoczeniu bliski. Dawniej zastanawiałam się dlaczego ludzie tak bardzo żałują młodych ludzi, którzy odchodzą na tamten świat. Nie widziałam różnicy pomiędzy śmiercią osoby niedojrzałej i starej. Ale dzisiaj, kiedy obok mnie umiera człowiek poniżej piątego roku życia, wiem o co chodziło moim najbliższym.
„Bez mojej zgody” to opowieść niewątpliwie trudna. Pozostawia wiele pytań bez odpowiedzi, jest polem do dyskusji nad poczuciem moralności, a miłością do własnych dzieci. Pokazuje tragedię jednej rodziny widzianą oczami jej członków. Urzekło mnie to bardzo, bowiem każda osoba miała na to inne spojrzenie, inny sposób radzenia sobie z tym, a pomimo to ból był tak samo rozdzierający i nie do zniesienia. Obraz ciepłego i bezpiecznego domu, jakie każde dziecko ma, a przynajmniej mieć powinno, tutaj zostaje zakłócony- w każdej chwili może się okazać, że na pomoc jest już za późno. Czytając tę książkę z każdą następną stroną dziękowałam Bogu, że nie jestem którąś z głównych bohaterów.
Rozumiem matkę Anny, a jednak żywię do niej nienawiść za to, co zrobiła swoim dzieciom. Sądzę, że nie tylko zraniła najmłodsze z nich, ale także dwoje pozostałych. Tak bardzo skupiała się na Kate, że zaniedbała swojego syna, który z czasem popadł w niebezpieczny nałóg. I to mi się nie podobało, że słabość Jesse’ego była tak łatwa do przewidzenia i autorka tak szybko ją ujawniła. Wiem, że nie to było istotą tej książki, ale uważam, że mogłoby być inaczej.
Finał „Bez mojej zgody” był dla mnie absolutnym zaskoczeniem. Nie mogłam wyjść z podziwu jak bardzo okrutna okazała się Judi Picoult, a jednocześnie jak bardzo ujawniło się dobro jej pióra! Uważam, że nie ma nic lepszego niż bestialski pisarz- to nadaje jego dziełom realizmu.
Styl pani Picoult jest przyjemny, przez co lekturę czytało się bez większego zmęczenia, jak to bywa w niektórych przypadkach. Wielki plus dla autorki! Wprawdzie czułam się zdezorientowana wszystkimi nazwami medycznymi i tak dalej, ale dało się je przeżyć.
Płakałam. Nad tą książką nie da się nie uronić choćby jednej łzy, dlatego odradzam ją czytelnikom o słabszych nerwach. Na pewno za jakiś czas sięgnę po inne książki tej autorki, ponieważ zachwyciły mnie jej emocjonalno-moralne tematy. W sumie najbardziej w tej książce nie zaszokowała mnie bezlitosność losu, lecz siła zwykłych ludzi.

piątek, 27 sierpnia 2010

"Niania w Nowym Jorku" Nicola Kraus & Emma McLaughlin

Tytuł: „Niania w Nowym Jorku”
Tytuł oryginału: ‘The Nanny Diaries.’
Autor: Nicola Kraus & Emma McLaughlin
Rok wydania: 2002, w Polsce 2003
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 334
Cena: około 30 zł
Moja ocena: 4

Opis:
Niania w Nowym Jorku to historia dwudziestokilkuletniej Nanny, która jako opiekunka czteroletniego chłopca staje się świadkiem rodzinnego piekiełka skrywanego za pozorami normalności.
Młode autorki, wcześniej pracujące jako zawodowe nianie, z drapieżną ironią ukazały współczesny model rodziny, wynaturzony przez wszechobecny kult konsumpcjonizmu: pozbawioną uczuć matkę, nieobecnego i zajętego romansami w pracy ojca i dziecka tęskniącego za miłością i czułością rodziców.
Niania w Nowym Jorku to opowieść pełna ciętego humoru, a przy tym wzruszająca i na wskroś prawdziwa. To z jednej strony wariacko śmieszny opis licznych perypetii, a z drugiej- gorzka satyra na styl życia, w którym wszystko ma większą wartość niż uczucia najbliższych.”
„Nianię w Nowym Jorku” znalazłam w bibliotece na najniższej półce pod „Literaturą angielską”. Za pierwszym razem ją odłożyłam, za drugim porwałam ze sobą zachęcona okładką, która przypadła mi do gustu. Po opisie z tyłu okładki nastawiłam się na coś innego, może nawet porządną, wielowarstwową opowieść o dysfunkcyjnej rodzinie. Znalazłam lekką, przyjemną lekturę, choć z kilkoma brakami.
Książka nie była specjalnie wciągająca, choć uważam, że „przyciągała”. Przebrnęłam przez nią raczej beznamiętnie, choć zdarzały się momenty stresujące czy rozczulające, ale było ich mało. Przez „Nianię w Nowym Jorku” raczej przepłynęłam jak przez wodę pełną smoły, która mnie opóźniała i wprawiała w otępienie.  Niektóre momenty były trochę nudne, ale nie zniechęciło mnie to skończenia lektury.
Nicolę Kraus i Emmę McLauglin wyróżnia łatwy i przyjemny styl, co jest dużym atutem ich dzieła. Nie jest on jednak wolny od potknięć.  W „Niani w Nowym Jorku” zawarto wiele anegdot, choć niektóre z nich w ogóle mnie nie bawiły. Na początku humor w tej książce wydał mi się ostentacyjny poprzez wulgaryzmy, które z założenia autorek miały śmieszyć. Niestety, nie udało się. Przekleństwa potrafią być śmieszne, ale tylko wtedy, kiedy są użyte „ze smakiem”. Jeszcze jedną skazą w sposobie pisania są ciągłe nazwy a przykład projektantów mody, aktorów, sklepów, a także ciągłe porównania do postaci z bajek i filmów.
Główna bohaterka i jej podopieczny wzbudzili moją sympatię, natomiast pracodawcy Nanny nie, zgodnie z założeniem pisarek. Mimo, że „Niania w Nowym Jorku” nie wywoływała we mnie huraganu uczuć, to zachowania rodziców Grovera niesamowicie mnie irytowały i uruchamiały pokłady współczucia dla chłopca oraz jego opiekunki.
Nie wiem, czy sięgnę po drugą część, noszącą tytuł „Powrót Niani”. To się okaże, jak na razie mam ciekawsze książki do czytania. Ale film na podstawie książki, którą zrecenzowałam obejrzę na pewno!

wtorek, 24 sierpnia 2010

"Wampir Lestat" Anne Rice

Tytuł: „Wampir Lestat”
Tytuł oryginału: ‘The Vampire Lestat’
Autor: Anne Rice
Rok wydania: 1985, 2005 w Polsce
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Liczba stron: 646
Cena: około 35 zł
Moja ocena: 6-
Opis:

„Lestat, stwórca Louisa de Pointe du Lac i Claudii- dwojga bohaterów Wywiadu z wampirem- opowiada własną historię.
Przebudziwszy się po pięćdziesięciu pięciu latach, zostaje gwiazdą rocka. Jego dzieje są jednak długie i mroczne- sięgają osiemnastego wieku. Był wówczas aktorem w Paryżu, został wampirem i podróżował po Europie w poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące go pytania. Kiedy wreszcie odnalazł pierwsze wampiry, z poszukującego stał się ściganym.
Lestat uzupełnia wiele wątków podjętych przez Louisa w Wywiadzie z wampirem, snując dramatyczną opowieść o życiu-nie-życiu, którego nigdy nie pragnął.”

Spodziewałam się, że historia Lestata będzie taka sama jak Louisa, z różnicą imion i niektórych faktów. Miłe było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że losy stworzyciela głównego bohatera „Wywiadu z Wampirem” są odmienne i o wiele ciekawsze! Choć konwencja narracji w formie pamiętników jest podobna, to fabuły książek same w sobie różnią się bardzo. Oto mamy złotowłosego Lestata, który opowiada nam o dziejach sprzed swojej przemiany w demona. Mężczyzna przedstawia nam wydarzenia, które miały wpływ na jego dalsze losy i rozumienie świata. Ilość mroku na metr kwadratowy można by liczyć w hektolitrach! Opowiada o swej chłodnej rodzinie oraz kontrastującej z nią własnej wrażliwości. Okazuje się, że Lestat to niespełniony artysta duszący się w prowincjonalnym miasteczku. Po wielu trudach jego marzenie się spełnia, ale niestety jest obkupione straszną ofiarą przed którą bohater zaciekle się bronił.
„Wapir Lestat” jest odpowiedzią na wszystkie niedomówienia zawarte w „Wywiadzie z Wampirem”. Dodatkowo pełno w nim nowych wątków i ciekawostek z historii krwiopijców. Z zapartym tchem śledziłam opowieści coraz to nowych bohaterów, którzy wzbudzali we mnie fascynację, a których w „Wampirze Lestacie” nie brakuje. Wplecenie w ich losy znanych legend z różnych części świata nie było banalne, ale umiejętnie i ze smakiem wykonane.
Anne Rice nakreśliła wartką akcję wzbudzającą dreszcze emocji o wiele większe niż to było w przypadku pierwszej części „Kronik Wampirów”. W niektórych momentach szaleńczo przewracałam strony, aby dowiedzieć się jak potoczą się losy bohaterów. W przeciwieństwie do „Wywiadu z Wampirem”, tutaj wydarzenia nie są tak bardzo „rozjechane” w czasie, za to występują z większą częstotliwością. Jedyne, co mnie irytowało, to nudnawe niekiedy monologi czy dialogi postaci. Czasami wręcz się w nich gubiłam i nie miałam siły po raz kolejny do nich wracać.
Autorka z precyzją przedstawia nam uczucia i nastroje bohaterów, szczególnie Lestata. Opisy sprawiały, że czułam pewną bliskość z tytułowym bohaterem. Nie tylko to czyniło „Wampira Lestata” przyjemnym w czytaniu. Podziały na części, podrozdziały i przyjemny styl ułatwiały przedzieranie się przez gąszcz liter.
Zakończenie było dla mnie niemałym zaskoczeniem. To właśnie na samym końcu czułam szczególną więź z przyjacielem Louisa, a także odnosiłam wrażenie, jakbym uczestniczyła w wydarzeniach. Pisarka spisała się na medal!
„Wampira Lestata” polecam gorąco. Przedstawia inne spojrzenie na wampiry, niż zostało to ukazane między innymi w sadze Stephanie Meyer. Na początku pomysł Lestata w wydaniu rockmana wydał mi się głupi i śmieszny, jednak w trakcie czytania zmieniłam do niego nastawienie. Nie mogę się doczekać kiedy sięgnę po następną część „Kronik wampirów”!

sobota, 14 sierpnia 2010

"Papla" Meg Cabot

Tytuł: „Papla”
Tytuł oryginału: ‘Queen of Babble’
Autor: Meg Cabot
Rok wydania: 2006
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 285
Cena: około 24 zł
Moja ocena: 5-
Opis:

„Lizzie wybiera się do Europy zobaczyć się z dawno niewidzianym ukochanym. Niestety, spotkanie kończy się zupełnie nieprzewidzianie. Lizzie zamiast w Londynie musi spędzić miesiąc we francuskiej winnicy. Może umili go jej towarzystwo przystojnego syna właścicieli. Ale zdaje się, że już go gdzieś widziała… To z nim zawarła przypadkową znajomość w pociągu- i zdradziła mu swoje największe sekrety. Przecież miała go już nigdy nie spotkać! Skłonność do gadulstwa znów wpędza Lizzie w zakłopotanie. I w kłopoty…”

Jak dotąd byłam sceptycznie nastawiona do książek dla nastolatek, jednak kiedy wybrałam się do biblioteki i byłam zmuszona przez niecierpliwe chrząknięcie pani bibliotekarki porwać pierwszą lepszą lekturę, w moje ręce wpadła „Papla”.  Okładkę skomentowałam krzywym uśmiechem, ale nauczona doświadczeniem starałam się nie zniechęcać. Opłaciło się.
„Paplę” warto przeczytać chociażby ze względu na szczyptę humoru w niej zawartego. Uśmiałam się niesamowicie przy wpadkach głównej bohaterki, choć przyznam, że niektórymi byłam zażenowana. Przeważa komizm sytuacyjny, choć charakterologiczny także jest wyczuwalny. Przyjemna narracja pierwszoosobowa i lekkie problemy głównych bohaterów pozwalają czytelnikowi się odstresować.
 Irytowały mnie niektóre monologi Lizzie, a także wkładki zawierające fragmenty jej pracy licencjackiej na temat historii mody. Niemal wszystkie były ciekawe, jednak nie kiedy przerywały najciekawsze momenty.
Meg Cabot zawarła w tej lekturze wiele „erotyki”, której opisy, powiedzmy sobie szczerze, wywoływały rumieńce na moich policzkach. Dobrze, że autorka nie „owija w bawełnę” zasłaniając się bocianami i innymi, ale po co robi to w tak, miejscami, ordynarny sposób?
Bohaterowie wydali mi się sympatyczni, choć niektórzy papierowi. Z drugiej strony miało to swoje plusy ujawniające się w „lekkości” „Papli”. Główna bohaterka (choć głupiutka) pozyskała sobie moją sympatię, więc ze ściśniętym sercem obserwowałam jej perypetie miłosne i nie tylko.
„Papla” sprawiła, że choć trochę bardziej przystępnie zaczęłam patrzeć w stronę książek dla nastolatek. Po niechęci jaką pozostawiła we mnie Meg Cabot po przeczytaniu „Pamiętników księżniczki” pozostało niewiele. Mam zamiar sięgnąć po następne dwie części „Papli”, o ile znajdę je w mojej bibliotece.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

"Rzeźnik drzew" Andrzej Pilipiuk

Tytuł: „Rzeźnik drzew”
Autor: Andrzej Pilipiuk
Rok wydania: 2009 w Polsce
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 479 str.
Cena: około 34, 90 zł
Moja ocena: można, nie trzeba
Opis:
„Samo mięcho, 12 fachowo sprawionych opowiadań. Przetrącony kręgosłup ziemskiej cywilizacji. Terroryści. Rewolucjoniści. Łowcy zombiaków. Pokrzyżowane szyki. Mroczne śledztwa. Ci wspaniali Kozacy. Widokówka z Petersburga. Szczypta PRL-u. Trochę po chińskiemu… Trzeszczą granice światów. I spotkanie ze starym znajomym, doktorem Skórzewskim.
Jak to u Pilipiuka: zaskakujące koncepty, solidna porcja grozy i humoru. Słowem, wióry lecą.”

„Rzeźnik Drzew” mnie zawiódł. Spodziewałam się zupełnie czegoś innego. Czytając opis na tyle okładki w mojej głowie powstał obraz dobrej fantastyki, który nieco minął się z rzeczywistością. Spośród dwunastu opowiadań zebranych w „Rzeźniku Drzew”, tylko o sześciu mogę wypowiedzieć się dobrze.
Zacznijmy od tego, co w książce było dobre. Z pewnością styl autora przypadł mi do gustu. Narracja nie pozostawiała niejasności, przez co komunikacja między autorem a czytelnikiem była bardzo klarowna. Opisy wywarły na mnie dobre wrażenie, głównie przez to, że uwypukliły szeroką wiedzę pana Pilipiuka na podejmowane przez siebie tematy, np. w opowiadaniu pt. „Czytając w ziemi” opowiadające o archeologach. Pisarz w sposób szczegółowy opisał pracę przy wykopaliskach. Wiele jest autorów, którzy piszą o sprawach całkowicie dla siebie obcych, przez co ich dzieła wyglądają mało realistycznie. Wielki plus dla Andrzeja Pilipiuka!
Niektóre opowiadania (mam na myśli „Czytając w ziemi”, „Serce Kamienia”, „Poddasze” i „Teatralną opowieść”) autor przyprawił szczyptą „dreszczyku”. Duchy i tajniki magii zawsze przyspieszały bicie mojego serca. „Sprawa Filipowa” i „Bunt szewców” pochodziły z gatunku science fiction i po ich przeczytaniu z zaskoczeniem stwierdziłam, że mam zadatki na fankę tego gatunku.
Szkoda tylko, że historie były takie krótkie. Już, już zaczynały mnie wciągać, aż tu nagle zaskoczona natrafiałam na ich koniec. Może gdyby każdy tytuł rozwinąć w formie książki sytuacja uległaby zmianie?
Poza tym odniosłam silne wrażenie, że bohaterowie różnych opowiadań mieli podobny tok myślenia. Niemal wszyscy najpierw nie wierzyli w podsuwane im historie o duchach itd., aż tu pewnego dnia trach! i ich światopogląd ulega zmianie. Wydaje mi się, że gdyby autor choć raz odwrócił bieg rozumowania postaci, czytelnik odniósłby wrażenie, że są one choć trochę od siebie różne.
„Szkolenie”, „Rzeźnik drzew”, „Operacja „Jajca””, „Szantaż”, „Połoz”, „Ślad oliwy na piasku”- to opowiadania, które nie wywołały we mnie żadnych uczuć, prócz głębokiego znudzenia. Nie było w nich niczego, co mogłoby mnie ewentualnie zaciekawić. No, może pierwsze dwa zapowiadały się całkiem obiecująco, ale niestety na tym się skończyło.
„Rzeźnik Drzew” to chyba pierwsza książka wydawnictwa Fabryki Słów jaką miałam w ręce i z miłą chęcią dopadnę inne. Podoba mi się okładka opowiadań Andrzeja Pilipiuka, do rysunków w środku także nie mam zastrzeżeń. Jestem raczej przeciwniczką ilustrowanych lektur (no chyba, że są to baśnie), ale tutaj grafiki wywarły na mnie dobre wrażenie. Poza tym „Rzeźnik Drzew” zawiera minimalną ilość literówek i innych błędów.
          Uważam, że dla tych sześciu dobrych opowiadań warto kupić „Rzeźnika Drzew”. Nie uważam, żeby były konieczne do przeczytania dla każdego entuzjasty gatunku fantasy, ale można o nie zaczepić. Mimo, że „Rzeźnik drzew” nie wywołał we mnie głębokiego zachwytu, zamierzam sięgnąć po inne książki Andrzeja Pilipiuka. Z dala jednak będę trzymać się od opowiadań tego autora!

piątek, 6 sierpnia 2010

"Tajemnica rezydencji Chimneys" Agatha Christie

Tytuł: „Tajemnica rezydencji Chimneys”
Tytuł oryginału: ‘The Secret os Chimneys’
Autor: Agatha Christie
Rok wydania: 1925, w Polsce 2010
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron: 299
Cena: 16,99 zł
Moja ocena: można, nie trzeba
Opis:

„KANDYDAT NA KRÓLA PODEJRZEWANY O MORDERSTWO
-Czy pan uważa, że ów człowiek nie był tym, za kogo się podawał?- spytała ostro Virginia.
-Taka ewentualność przyszła mi do głowy. Gdyby udało się pani skłonić lorda Caterhama do pokazania pani zwłok, sprawa od razu by się wyjaśniła.
-Zastrzelono go o jedenastej czterdzieści pięć- powiedziała z zadumą.- Godzina, która była wypisana na tym skrawku papieru. Wszystko to jest strasznie tajemnicze.”

Bardzo lubię Agatę Christie. Przeczytałam już kilka z jej książek, i wszystkie przypadły mi do gustu. „Tajemnicę rezydencji Chimneys” porwałam z półki empiku bez zastanowienia. Czy się opłaciło? Z pewnością, bowiem lektura przysporzyła mi wielu emocji.
Jak większość kryminałów tej autorki, akcja rozwija się wolno. Minęło chyba sto stron, zanim tempo się rozwinęło. Wcześniej zdarzenia raczej nie wywołują dreszczyku. Jednak z każdą przewracaną stronę sytuacja ulega zmianie do tego stopnia, że przegapiłam odcinek dr Housa na rzecz „Tajemnicy rezydenci Chimneys”.
Niewątpliwie książki pani Christie są gimnastyką dla umysłu. Czytelnik może z pełną swobodą rozmyślać nad rozwiązaniem zagadki nieskrępowany przemyśleniami głównego detektywa tego, który już od dawna zna, lub podejrzewa kto jest mordercą. Uwielbiam bawić się w śledczego, typować mordercę i jego wspólników, a także motyw zbrodni- jest to z pewnością o wiele lepsza łamigłówka niż krzyżówki czy sudoku.
Zakończenie książki było dla mnie niebywałym zaskoczeniem. Nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Nie wszyscy byli tymi, za kogo się podawali. Nie zabrakło wątku miłosnego, choć nie był on specjalnie wyszczególniony. Finał wynagrodził mi strony, które przemierzałam z obojętnością.
To, czego zawsze brakuje mi u Agaty Christie to opisy, które z pewnością dodałyby więcej grozy i przyprawiłyby czytelnika o dreszczyk emocji. Kryminały tej autorki, to zbiór suchych faktów. Ma to swoją zaletę, bowiem nie rozpraszają odbiorcy, dzięki czemu może skupić się na śledztwie. Mimo to uważam, że wtrącenia o pogodzie czy krajobrazie z pewnością uczyniłyby „Tajemnicę rezydencji Chimneys” jeszcze ciekawsze.
Wydawnictwo Dolnośląskie jak zwykle spartaczyło sprawę. W kryminale pełno jest literówek, błędów interpunkcyjnych, a także wypowiedzi różnych postaci są usytuowane na tym samym poziomie, czy źle zaznaczone. Tak samo było między innymi w „Zmierzchu”, również wydanym przez to samo wydawnictwo.
Podsumowując, lubię Agatę Christie, choć nie jest moją ulubioną autorką. Mimo, że fabuła jest doskonale opracowana, co do szczegółu, to styl autorki mi się nie podoba. Jałowość „Tajemnicy rezydencji Chimneys” razi w oczy i wpływa na moje postrzeganie całości. Uważam, że „Tajemnica rezydencji Chimneys” nie jest najlepszym kryminałem tej pisarki. Z pewnością sięgnę po inne. 

środa, 4 sierpnia 2010

"Efekty Świetlne" Miranda Beverly-Whittemore

Tytuł: „Efekty świetlne”
Tytuł oryginału: ‘The efects of light’
Autor: Miranda Beverly- Whittemore
Rok wydania: 2005, w Polsce 2007
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 314+ podziękowania
Cena: około 10 zł
Moja ocena: nic ciekawego
Opis:

„Kate Scott jest zadowolona ze swojego życia- wykłada na uniwersytecie, spotyka się z przystojnym, inteligentnym mężczyzną. Nosi w sobie jednak tajemnicę… Gdy pewnego dnia otrzymuje lit od adwokata z rodzinnego miasta, wracają wspomnienia sprzed lat. Wtedy w galeriach ukazały się fotografie dzieci- przez jednych okrzyknięte dziełami sztuki, przez innych nazwane dziecięcą pornografią. Do tych zdjęć pozowała wraz z siostrą mała Kate. Czy taka sesja fotograficzna może zmienić całe życie?”

W księgarni stanęłam przed wyborem pomiędzy „Efektami świetlnymi”, a jakąś inną książką. Dzisiaj wiem, że źle zrobiłam. Od dawna nie czytałam bardziej nudnej lektury, a przebrnęłam przez nią tylko dlatego, że nie potrafię zostawić książki, którą już zaczęłam.
Zagraniczne czasopisma takie jak „Marie Claire” czy „Book Page”, których fragmenty wypowiedzi znalazły się na odwrocie okładki stwierdziły między innymi, że „Efekty świetlne” połyka się w jeden wieczór i że zostaje w głowach i w sercach na długo po tym, kiedy czytelnik przez nią przebrnie. Z niecierpliwością czekałam na ostatnią stronę i niestety musze stwierdzić, że „Efekty świetlne” wryły się w moją pamięć jako sztuczne i nudne.
Zacznijmy od początku. Pomysł z opisaniem fotografii uważam za dobry. Czytelnik mógł sam osądzić na ich podstawie oraz dzięki swojej wyobraźni, czy zdjęcia były pornograficzne, czy niewinne. I tu jak na razie kończą się plusy, bowiem następnie poczułam się rzucona na głęboką wodę. Mamy oto opis sytuacji w pierwszej osobie, chwilę potem autorka rzuca nas na nieznany teren miłosnych wojaży niejakiej Kate Scott. Szczerze mówiąc zakręciło mi się od tego w głowie. Lubię, kiedy pisarz nie przestawia swoich bohaterów formalnie, lecz wprowadza w akcje bez zbędnych opisów. Lecz tutaj przed zaprezentowaniem prawidłowej akcji dzieje się jeszcze mnóstwo innych rzeczy! Niestety, ale bardzo mnie to zmęczyło i zniechęciło.
Potem jest już tylko gorzej. Nieustające tajemnice, nieracjonalne zachwiania nastrojów głównej bohaterki, jej depresje, wybuchy złości… no i ten nieszczęsny amant, którego poczynania także wydają się nieuzasadnione. Słowem: bohaterowie nie wzbudzają sympatii- są po prostu papierowi, ponieważ ich działania nie są niczym uzasadnione.
Podobało mi się to, że przeszłość mieszała się z teraźniejszością. Opowiadania siostry Kate o swoim dzieciństwie i czasach, kiedy robiły „zakazane” zdjęcia bywały nudne, ale sam pomysł był ciekawy. Tylko dlaczego czytelnik dowiaduje się dopiero przy zakończeniu o co w tym wszystkim naprawdę chodzi? Czyżby autorka chciała nakręcić spiralę tajemniczości wzbudzając w nas, czytelnikach, ciekawość tak silną, która napędzałaby palce do przewracania stron? Niestety, Beverly-Whittemore ten zabieg nie wyszedł.
Początek zakończenia tchnął we mnie nadzieję, że może wreszcie zacznie się coś dziać. Nic bardziej mylnego! Nadzieja została zduszona bezlitośnie w zarodku, niestety.
Na sam koniec dodam, że szyk zdań był porażający, w negatywnym tego słowa znaczeniu. Potem już się do tego przyzwyczaiłam, lecz na początku stanowiło to dla mnie istną męczarnię.
To chyba okładka „Efektów świetlnych” kazała mi je kupić. I po raz kolejny okazało się, że należy słuchać niektórych polskich przysłów.