wtorek, 29 marca 2011

"Biały zamek" Orhan Pamuk


Statek płynący z Wenecji do Neapolu przechwytują Turcy. Część załogi zostaje pojmana, a część stracona.  Wśród ocalałych znajduje się młody i wykształcony Wenecjanin, któremu udaje się przetrwać i zyskać rozgłos dzięki temu, że udaje lekarza. Trafia na dwór królewski, gdzie staje się niewolnikiem doradcy sułtana, Hodży. Relacje pan-niewolnik zastępuje przyjacielska więź, razem wybawiają Stambuł od dżumy, a wkrótce zamieniają się miejscami i nikt już nie wie, czy Hodża jest Turkiem czy Wenecjaninem, a tożsamości ich obu zaczynają się ze sobą mieszać.
Czytając „Biały zamek” miałam nieodparte wrażenie, że przedzieram się przez jakąś egzotyczną baśń, od których uginają się półki mojej domowej biblioteczki. Książka Orhana Pamuka posiada gwarny, zatłoczony klimat Stambułu, który nawet bez wyjątkowo rozwiniętych opisów, działa na wyobraźnię czytelnika i pozwala przenieść mu się do jednego z największych miast świata. Niekiedy ciężko było mi się zorientować w tureckich nazwach, ale liczne przypisy jako tako rozświetlają ciemność panującą w umyśle przeciętnego czytelnika, takiego jak ja. Ciekawych obcych języków na pewno ucieszy fakt, że na końcu książki znajduje się wkładka objaśniająca wymowę niektórych głosek tureckich w języku polskim- zabłyśnięcie w towarzystwie gwarantowane! :) Chociaż ja do teraz nie mam pojęcia, jak prawidłowo wymawiać imię i nazwisko pisarza.
Co do samej fabuły, to muszę przyznać, że niejednokrotnie gubiłam się w niej. Byłam już bliska określenia siebie mianem niezbyt bystrej, ale sam autor wyjawia, że nie wie kto tak naprawdę spisał „Biały zamek”- Hodża czy Wenecjanin. Przyznam szczerze, że odetchnęłam z ulgą po przeczytaniu tego wyznania. Dla wielbicieli wyraźnych zakończeń, które rozwiewają wszelkie wątpliwości co do bohaterów i wydarzeń, nie jest to dobra pozycja, ponieważ pozostawia w czytelniku wiele nierozstrzygniętych i irytujących pytań, a największym z nich jest oczywiście „kto jest kim?!”. Trzeba zaznaczyć, że to zagadnienie ma też głębsze podłoże, bowiem autor za pomocą postaci Hodży i jego niewolnika chciał pokazać, że tak naprawdę ludzie z różnych zakątków świata wiele się od siebie nie różnią. Wszędzie na ziemi mężczyźni i kobiety zadają sobie takie same pytania, mają takie same rozterki, ale ujmują je w nieco inny sposób, zgodnie z kulturą, jaka ich wychowała. A porozumienie się wcale nie jest tak trudne, jak by się mogło wydawać.

„Czy perspektywa dogłębnego poznania się nawzajem nie jest kusząca? Poddać się czarowi kogoś, kto zna najmniejsze drgnienie naszej duszy, to jak pokochać senny koszmar.”*

Ciekawy jest też tytułowy Biały Zamek, który poznajemy dopiero na samym końcu opowieści. Nie tylko wydarzenia z nim związane wydają się interesujące, ale sama lokalizacja także. Swoją drogą, czy Wy też skaczecie z radości, kiedy w książce zagranicznego autora przeczytacie chociażby najmniejszą wzmiankę o Polsce? :)
Warto wspomnieć, że Orhan Pamuk jest laureatem Nagrody Nobla 2006. Zupełnie przypadkowo sięgnęłam dwa razy pod rząd po dzieło noblistów. Nie żałuję swojego wyboru i z miłą chęcią sięgnę po następną książkę tego autora. Wam też to polecam i daję gwarancję kilku godzin ciekawej przygody w tureckim świecie.


*Orhan Pamuk, Biały zamek. Wydawnictwo Literacki. Kraków 2009, s.87


Nawiasem, bardzo lubię okładki do książek Pamuka. :)

czwartek, 24 marca 2011

"Wyzwanie. Szczeniaki" Mario Vargas Llosa


Byłoby ogromną plamą na czytelniczym honorze nie sięgnąć po pozycję któregoś z noblisty. Mój wybór padł na zeszłorocznego laureata tej nagrody i, na dobry początek, postanowiłam sięgnąć po zbiór opowiadań noszący tytuł „Wyzwanie. Szczeniaki”. Mimo tego, że o wiele bardziej wolę powieści i z pewną obawą zasiadałam do tej lektury, to nie zawiodłam się na niej. 
„Wyzwanie. Szczeniaki” to specyficzny utwór. Powstał ze złączenia dwóch wcześniej wydanych publikacji. Pierwszą z nich, która ukazała się na rynku, było „Wyzwanie” stanowiące zbiór sześciu różnych, niepowiązanych ze sobą opowiadań. Łączy je jedno- oszczędny styl autora, który pozostawia szerokie pole do popisu dla wyobraźni czytającego. Nie znajdziemy w nich rozbudowanych opisów przyrody, za to mnóstwo ustępów poświęconych bójkom. Pisarz skupia się na momentach bijatyk swoich bohaterów, opisuje dokładnie każdy ich ruch, dzięki czemu całość nabiera wiarygodności i sprawia, że czytelnik może poczuć się jak uczestnik wydarzeń. Mimo, że przez krótkie formy ciężko jest się związać z bohaterami, to ich emocje stały się moimi, przeżywałam każdy cios im zadany jako swój. Autor wrzuca nas od razu w wir akcji, nie przedstawia sytuacji, lecz natychmiast przechodzi do głównego wątku. Sądzę, że to oszczędza zażenowania sztywnym przedstawianiem sytuacji i zmusza czytelnika do myślenia. Warto poświęcić chwilę także sposobie budowania dialogów- jest on naturalny, wypowiedzi są odpowiednie do bohaterów. Jeśli miałabym je określić jednym słowem, powiedziałabym, że są po prostu szczere.
Nie należy zwieść się pozorom- mimo, że pierwszą część „Wyzwania. Szczeniaków” czyta się szybko, to bynajmniej nie jest to lektura lekka. Traktuje o ciężkim temacie jakim jest przemoc i męska duma. Mario Vargas Llosa pokazuje do czego zdolny jest mężczyzna, którego honor zostanie nadszarpnięty- nie jest wstanie powstrzymać go nawet widmo pewnej przegranej. Pisarz zwraca także uwagę na chęć zemsty, która jest silniejsza niż zapowiedź śmierci. Llosa skłania do rozważań nad tym, jak daleko może posunąć się mężczyzna w obronie swoich wartości.
Osiem lat po opublikowaniu „Wyzwania”, ukazały się „Szczeniaki”. Jest to krótkie opowiadanie w formie gawędy. Czytelnik ma wrażenie, jakby słuchał czyjejś opowieści- język jest naturalny, niektóre zdania krótkie. To trochę przypomina Mirona Białoszewskiego i „Pamiętnik z powstania warszawskiego”, w którym pisarz zastosował podobny zabieg, jednak u Llosy jest on o wiele bardziej przystępny. Na początku ciężko jest się do tego przyzwyczaić i trzeba nadwyrężać swoje czytelnicze zdolności, żeby w pełni zrozumieć co autor chciał przekazać, ale z czasem staje się to przyjemnym i ciekawym doświadczeniem.   
„Szczeniaki” to historia grupy przyjaciół, która zaczyna się we wczesnych latach nauki. Jednego z chłopców, który dołączył do paczki najpóźniej, spotyka nieprzyjemny wypadek, rzucający cień na jego całe życie. Obserwujemy jak z dzieci wyrastają mężczyźni, a dawne obawy miast uciekać, rosną do monstrualnych rozmiarów. Sądzę, że jest to opowieść o zagubieniu, ciężaru jaki odbija na nas młodość, o wrażliwości i buncie wobec narzucanych schematów. No i o poczuciu męskości.
To moje pierwsze spotkanie z Llosą, ale uważam je za udane. Autor bardzo mnie zaintrygował swoim stylem i sposobem kreowania rzeczywistości. Czułam na swojej skórze twarde, górskie kamienie, szorstką końską sierść i zapach męskiego potu. Myślę, że „Wyzwanie. Szczeniaki” to dobra pozycja dla tych, którzy swoją przygodę z Llosą dopiero zaczynają- z pewnością nie zrażą się do reszty dzieł tego autora i poczują się zachęceni smakowitym światem, jaki niesie ze sobą ten noblista.


Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak literanova




A tu coś dla ciekawych: http://mariovargasllosa.pl/. Wywiady, ciekawostki i biografia pisarza. :)

niedziela, 20 marca 2011

"Sosnowe dziedzictwo" Maria Ulatowska


Co może robić Rapsodia we wtorkowy wieczór w oparach kadzidełka i dymu świec? Odprawiać czary? Wskrzeszać Kurta Cobaina? Zgłębiać tajniki biologii, jak przystało na przykładną uczennicę na dzień przed sprawdzianem? Nic bardziej mylnego- Rapsodia czyta „Sosnowe dziedzictwo”, pierwszą książkę od „Włóczykijki”, której wyczekiwała od wielu dni. Co dzień sprawdzała skrzynkę i kiedy wreszcie w ręce wpadła jej długo wyczekiwana paczuszka od razu zabrała się za zgłębianie zawartości. I nawet trója z testu nie jest w stanie wywołać w niej wyrzutów sumienia za swój haniebny czyn odrzucenia nauki.
Poznajemy Annę, główną bohaterkę książki w pierwszym dniu jej nowego życia- przybywa ona obejrzeć swój nowy dworek, odziedziczony po dziadkach. Opisy tego, co dzieje się teraz są wdzięcznie przeplatane z historią rodzinną głównej bohaterki, która sięga do dni Powstania Warszawskiego. To pozwala nabrać w płuca świeżego powietrza, ponieważ czytając o aktualnych losach Anny można poczuć się trochę „przyduszanym”.  A w życiu postaci Marii Ulatowskiej dzieje się wiele- nowy dom, nowi przyjaciele, nowe miłości. Jeśli ktoś szuka problematycznej lektury, która poruszy posadami świata nie tylko literackiego, „Sosnowe dziedzictwo” powinien omijać szerokim łukiem, ponieważ jest to raczej bajka dla trochę starszych czytelników. Można się przy niej odprężyć, zapomnieć o codziennych kłopotach i przez chwilę poczuć na sobie promień ciepłego słońca, którego nie brakuje w Sosnówce.
Jak dotąd sądziłam, że nie przepadam za tego typu lekturami, które fabułą i klimatem przypominają raczej przekoloryzowane historie z kolorowych magazynów. I chyba naprawdę tak było, jednak „Sosnowe dziedzictwo” wniosło nieco świeżości w moje postrzeganie lekkich książek. Sprawiło, że mogłam się zrelaksować nie tylko w zaciszu własnego pokoju, ale także w tłocznym i gwarnym tramwaju, bowiem ta pozycja nie wymaga ciągłego skupiania się na zdaniach. Można spokojnie oderwać się od liter, przyjrzeć się współpasażerom i powrócić do dalszej lektury bez obaw, że zgubi się wątek. I nawet marysuizm Anny nie kuł aż tak w oczy, choć bohaterka nie zyskała sobie mojej sympatii (jestem zbyt zazdrosna o jej urodę, żeby ją polubić! ;p). Czytelnicy o skłonnościach takich jak moje, czyli o zazdroszczenie głównym bohaterom wspaniałych umiejętności, przygód, wydarzeń i całego miasteczka przyjaciół (dosłownie!), będą rwać włosy z irytacji. Ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zagryźć zęby!
Fabuła nie pędzi na złamanie karku- ot płynie sobie jak leniwy strumyk, zahaczając o wystający pień drzewa, lub zatrzymując się na chwilę na pogawędkę z rybą. Czytelnik nie znajdzie tutaj nagłych zwrotów akcji przyprawiających o kołatanie serca. W zamian za to przyjdzie mu towarzyszyć Annie w wybieraniu kafelków i rozkoszowaniu się szarlotką w „Kujawiance”. Ale mimo wszystko takie nic większego do życia nie wnoszące opisy potrafią być przyjemne, a biorąc pod uwagę czekające na rogu retrospekcje, można je znieść bez narzekania. Maria Ulatowska posiada talent do zatrzymania przy sobie czytelnika nawet przy nużących momentach. Przyjemny styl autorki nie pozwala oderwać się od „Sosnowego dziedzictwa” i delikatnie kołysze zmęczonego pracą lub szkołą czytelnika.
Tytuł tej książki wydaje mi się zbyt patetyczny do treści. Kiedy po raz pierwszy go zobaczyłam, przed oczami stanął mi zamek ze strzelistymi wieżami, a aura bynajmniej nie była słoneczna. Razem z przeczytaniem pierwszej strony „Sosnowego dziedzictwa”, moje naiwne wyobrażenie odeszło w cień i zastąpił je uroczy widok szlacheckiego dworku nad brzegiem jeziora. Mimo wszystko, z lektury można coś wynieść- Maria Ulatowska sugeruje, że miłość powinna dojrzewać jak najdłużej, ogrzewana z początku promieniami przyjaźni, jeśli chcemy zbierać z niej wartościowe owoce.
„Sosnowe dziedzictwo” pozostawia mnóstwo niedopowiedzeń, ale chyba nie będę z niecierpliwością czekać do maja, kiedy to ma ukazać się druga część- „Pensjonat sosnówka”. Historia przedstawiona przez Marię Ulatowską podobała mi się, ale nie zafascynowała mnie jakoś szczególnie- ot, kolejna lekka i przyjemna lektura, o której zapomnę w przeciągu tygodnia. Gdyby nie „Włóczykijka” pewnie nie sięgnęłabym po „Sosnowe dziedzictwo”. Myślę, że nie straciłabym wiele, chociaż każda chwila odprężenia jest teraz na wagę złota. Dlatego uważam, że ta pozycja powinna dalej wędrować we „Włóczykijce”- żeby nieść czytelnikom miłe chwile relaksu.



Książka z akcji Włóczykijka przekazana przez wydawnictwo Prószyński i S-ka. :)

niedziela, 13 marca 2011

"Brak wiadomości od Gurba" Eduardo Mendoza


Cóż by to była za przygoda, móc wędrować po obcych planetach! Szkoda, że taka opcja ma małe szanse spełnienia. Ale zawsze można iść na kompromis z losem i miast podróżować samemu, można potowarzyszyć pewnemu sympatycznemu kosmicie w zwiedzaniu Barcelony.  To jest już łatwiejsze do zrealizowania- wystarczy sięgnąć po „Brak wiadomości od Gurba”. Ale ostrożnie, aby nie narazić się na wielokrotne rozjechanie przez taksówkę, odebranie gwiazdy szeryfa i kosmicznego kaca. Zdolność mimikry okaże się niezbędna, jeśli nie dla nas, to na pewno dla głównego bohatera książki Mendozy. Oto bowiem przyjdzie zmierzyć mu się ze specyficznym klimatem hiszpańskiego miasta i jego mieszkańców.
A historia zaczyna się tak: Przylatuje dwóch kosmitów. Jeden z nich idzie na zwiady, drugi zostaje w statku kosmicznym. Kiedy ten pierwszy nie daje znaku życia, jego kompan wyrusza na poszukiwania, a swoje przygody opisuje w dzienniku pokładowym. I zaczyna się zabawa, obserwacja ludzkich zachowań i reakcji. Ludzie potrafią szokować- dlaczego tak bardzo dziwi ich wkroczenie kosmity pod postacią ś.p. Piusa XII do banku, a za całkiem normalne traktują obrzucanie obywateli odchodami hipopotama? Dzięki zapiskom ufoludka możemy przyjrzeć się wadom hiszpańskiego społeczeństwa, pośmiać się z jego funkcjonowania i z próby zaklimatyzowania się w nim przybysza z kosmosu. Dzięki narracji prowadzonej w formie pamiętnika, czytelnik nie odczuwa ciężaru niekiedy nużących opisów przyrody, za to w pełni może cieszyć się smakiem zabawnych wydarzeń. A jest co smakować! Każdy, kto gustuje w absurdalnym humorze, będzie czuł się nasyconym po przeczytaniu „Braku wiadomości od Gurba”.
Książka Mendozy działa na czytelnika jak lep na muchy- najpierw przyciąga, unieruchamia i za nic w świecie nie chce wypuścić, nawet jeśli z parapetu woła praca domowa z chemii. Jeśli macie do zrobienia pranie, obiad albo musicie nauczyć się na sprawdzian z historii, „Brak wiadomości od Gurba” może okazać się śmiercionośny, no chyba, że wasze rodziny i nauczycielki dysponują zasobem tolerancji dla ofiar wciągających książek.
Niby ta sama Barcelona co u Zafóna, a jednak inna. To zaskakujące, jak ten sam obiekt pisarze mogą przedstawiać na wiele różnych sposobów i wywoływać różne uczucia. „Brak wiadomości od Gurba” posiada niepowtarzalny klimat, można się pośmiać do łez, a także zastanowić nad ludzkimi zachowaniami. Czy to co dla nas jest normalne i zwyczajne, tak naprawdę nie jest nasączone bezsensem i dziwactwem? Dzięki Mendozie możemy przyjrzeć się temu jak w lustrze i rozważyć z różnych stron.
Spotkałam się z opinią, że to najgorsze z dzieci Mendozy. Nie jestem w stanie zgodzić się lub nie z tą opinią, ponieważ to dopiero moje pierwsze spotkanie z tym autorem. Jak na razie zrobił na mnie dobre wrażenie i rozbudził ciekawość co do reszty jego dzieł. Mam nadzieję, że będę mogła niebawem przyjrzeć się im bliżej i bawić się nimi równie dobrze, jak „Brakiem wiadomości od Gurba”.

piątek, 11 marca 2011

Moja biblioteczka

I mnie dopadła biblioteczkowa gorączka. Do zabawy zaprosiła mnie Susie, której bardzo za to dziękuję- dzięki niej aż tak się nie nudziłam będąc przeziębioną. :) 

Biblioteczka jest trochę obszerna, ponieważ moje książki są zmieszane z książkami moich rodziców. 
Zacznijmy wycieczkę od mojego pokoju, w którym spoczywa przyłóżkowy stosik. 


Oto w koszyku czekają książki, które powinnam zrecenzować już wieki temu. ^^ Znajdują się tam takie pozycje jak "Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland" Murakamiego, "Brak wiadomości od Gurba" Mendozy, "Prowadź swój pług przez kości umarłych" Tokarczuk oraz "Świat według psa. Opowieść jamnika Bolka" Sumińskiej. Warto zwrócić uwagę na fantastyczny dobór kolorystyczny- ten fiolet i zieleń wcale, a wcale się nie gryzą! ^^ 


A oto przyłóżkowa poczekalnia. Lektury nie są ustawione według kolejności czytania. No i to tylko część z tych, które chciałabym przeczytać w najbliższym czasie. 

Teraz wychodzimy z mojego pokoju, aby udać się to jednego z moich ulubionych miejsc w całym domu, w którym półki aż się uginają (głównie pod ciężarem encyklopedii ^^).


Moja ulubiona półka, skompletowana od początku do końca przeze mnie:


Zabrakło tylko "Pani Dalloway", która jest chwilowo pożyczona. :)



Wiecie, że kiedy byłam mała, sądziłam, że te zielone tomy Słowackiego, to podręczniki do nauki języka? ^^

 

Dobrze widzicie- dwa egzemplarze pierwszego tomu Winnetou (jeden z nich dotkliwie pogryziony przez psa babci).


W tej dziurze przy Anne Rice spoczywa na co dzień "Memnoch diabeł", który chwilowo również jest wypożyczony. :)



Zabrakło mojego kochanego Byrona, który również jest na "obczyźnie". ;] Jednego Dukaja zamierzam "puścić" dalej w jakimś konkursie lub czymś podobnym. Zobaczymy.

No, to by było w sumie na tyle. Postanowiłam nie wgłębiać się we wszystkie półki, ale zaprezentować tylko te (w prawie całości) moje. Wiele pozycji jest ustawionych w dwuszeregach (głównie te z lat przedszkolnych ^^), więc nie widać ich z zewnątrz. Część zbiorów spoczywa także na strychu (buntowałam się, lecz nie dla wszystkich starczyło miejsca na dole). Odpuściłam sobie półkę w salonie, ponieważ nosi ona tylko ciężar książek ogrodniczych, z którymi rzadko mam jakikolwiek kontakt.

Do dalszej zabawy zapraszam:
LadyBoleyn (www.okiem-recenzenta.blog.onet.pl)
I każdego, kto chce się przyłączyć :)

Konkurs udany- jestem laureatką. :)