Tytuł: „MadameAutor: Antoni Libera
Rok wydania: 1998
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 390
Cena: 49 zł
Moja ocena: 4+
Opis:
„(…) powieść jest ironicznym „portretem artysty z czasów młodości” na tle peerelowskiej rzeczywistości schyłku lat sześćdziesiątych.
Narrator opowiada o swoich „latach nauki” i o fascynacji starszą od niego, piękną, tajemniczą kobietą.
Jest to zarazem opowieść o potrzebie marzenia, o wierze w siłę Słowa i o naturze mitu.”
Z lekturowego stosu w „Madame” pokładałam największe nadzieje. Moją uwagę przykuła okładka, której warto poświęcić kilka słów, zanim przejdzie się do reszty. Pod tym względem, książka Libery przypomina deser z bitą śmietaną i okładka pełni tutaj rolę białej piany :]. Pod bordową osłoną, kryje się czarna oprawa z małym zdjęciem kobiety o naprawdę hipnotyzującym spojrzeniu. Nie polecam czytać w wannie, ponieważ czerń z okładki lubi brudzić palce i za nic nie chce z nich zejść :].
Mamy za sobą śmietanę, teraz czas na polewę czekoladową w postaci stylu Libery, który jest naprawdę smaczny. Zdarzenia opisywane są przez głównego bohatera, który cechuje się erudycją i błyskotliwym poczuciem humoru, co wpływa na sposób narracji. Język jest naprawdę przystępny, można skusić się na określenie go jako „gęsty”. Jedyne, co bardzo mnie irytowało to wtrącenia na kształt: „miało to istotne znaczenie dla późniejszych bardzo wartkich wydarzeń, ale… nie tak szybko, przedtem jeszcze miało miejsce coś innego”. W opisach czytelnik może znaleźć nie tylko odniesienia do innych książek, ale także tło muzyczne, jak np. znane wszystkim Hit the Road Jack czy Yesterday Beatlesów, które to odgrywa bardzo ważną rolę w „wizualizacji” klimatu. Plus dla autora za sposób w jaki przedstawił głównego bohatera- w „Madame” brak suchego i schematycznego przedstawiania się, zaznajamiamy się z narratorem poprzez wydarzenia mające miejsce w jego przeszłości. Ta retrospekcja ma też na celu podkreślenie charakteru tamtych czasów, a także pełni funkcję czegoś na kształt klamry kompozycyjnej- ale to tylko dla tych, którzy wytrwają do końca „Madame”.
A wytrwać wcale nie jest tak łatwo. Rządni szybkich zwrotów akcji czytelnicy raczej nie znajdą satysfakcji z czytania „Madame”, bowiem wydarzenia w tej książce mają tendencję do „ciągnięcia się” w czasie. „Stosunek masowy” (stanowczo za dużo chemii!) maluje się mniej więcej tak: dziesięć stron opowieści byłego taternika o wojnie domowej w Hiszpanii itd., trzy strony opisu bieżących spraw. Lubię historię, ale nie mam ochoty o niej czytać, kiedy coś w środku mnie domaga się nieznanej mi jeszcze opowieści.
„Madame” to opowieść o sile Słowa, o kolorowym cieniu w szarym świecie Peerelu, a także o młodzieńczej miłości, pełnej subtelnego wdzięku, do dojrzałej kobiety. To także echo śmiechu pisarza nad prawdą i mitem, które dzieli wbrew pozorom niewielka granica.
Zawiera niezapomniany wątek romantyczny, jeden z moich ulubionych, tuż obok „Lektora” Schlinika Bernharda.
Warto zwrócić uwagę na układ rozdziałów i podrozdziałów. „(…) siedem rozdziałów „dużych”- jak siedem dni stworzenia; i trzydzieści pięć „małych”- tyle, ile miał lat nasz „bohaterski wiek”, gdy przyszła na świat Madame, i ile ja dziś kończę (legendarna „połowa drogi ludzkiego życia”).”, napisał Antoni Libera w postscriptum.
Jeszcze słowo o reszcie bohaterów, czyli o posypce, bez której deser zdawałby się nieco ubogi: część z nich jest autentyczna, bowiem „Madame” to powieść o charakterze autobiograficznym. Maks, a także młodzieniec zaczepiający głównego bohatera pod koniec powieści to postacie autentyczne. Na temat Madame niewiele wiem.
Warto sięgnąć po „Madame”, choć nie jest to pozycja niezbędna dla każdego. Z pewnością powinna stać na półkach tych, których ciekawi co mają ze sobą wspólnego szachy, pianino, słowo i kobieta. Niewątpliwie lektura bardzo wymagająca i posiadająca szczyptę magii, którą trzeba udźwignąć.