Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maria Ulatowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maria Ulatowska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 marca 2011

"Sosnowe dziedzictwo" Maria Ulatowska


Co może robić Rapsodia we wtorkowy wieczór w oparach kadzidełka i dymu świec? Odprawiać czary? Wskrzeszać Kurta Cobaina? Zgłębiać tajniki biologii, jak przystało na przykładną uczennicę na dzień przed sprawdzianem? Nic bardziej mylnego- Rapsodia czyta „Sosnowe dziedzictwo”, pierwszą książkę od „Włóczykijki”, której wyczekiwała od wielu dni. Co dzień sprawdzała skrzynkę i kiedy wreszcie w ręce wpadła jej długo wyczekiwana paczuszka od razu zabrała się za zgłębianie zawartości. I nawet trója z testu nie jest w stanie wywołać w niej wyrzutów sumienia za swój haniebny czyn odrzucenia nauki.
Poznajemy Annę, główną bohaterkę książki w pierwszym dniu jej nowego życia- przybywa ona obejrzeć swój nowy dworek, odziedziczony po dziadkach. Opisy tego, co dzieje się teraz są wdzięcznie przeplatane z historią rodzinną głównej bohaterki, która sięga do dni Powstania Warszawskiego. To pozwala nabrać w płuca świeżego powietrza, ponieważ czytając o aktualnych losach Anny można poczuć się trochę „przyduszanym”.  A w życiu postaci Marii Ulatowskiej dzieje się wiele- nowy dom, nowi przyjaciele, nowe miłości. Jeśli ktoś szuka problematycznej lektury, która poruszy posadami świata nie tylko literackiego, „Sosnowe dziedzictwo” powinien omijać szerokim łukiem, ponieważ jest to raczej bajka dla trochę starszych czytelników. Można się przy niej odprężyć, zapomnieć o codziennych kłopotach i przez chwilę poczuć na sobie promień ciepłego słońca, którego nie brakuje w Sosnówce.
Jak dotąd sądziłam, że nie przepadam za tego typu lekturami, które fabułą i klimatem przypominają raczej przekoloryzowane historie z kolorowych magazynów. I chyba naprawdę tak było, jednak „Sosnowe dziedzictwo” wniosło nieco świeżości w moje postrzeganie lekkich książek. Sprawiło, że mogłam się zrelaksować nie tylko w zaciszu własnego pokoju, ale także w tłocznym i gwarnym tramwaju, bowiem ta pozycja nie wymaga ciągłego skupiania się na zdaniach. Można spokojnie oderwać się od liter, przyjrzeć się współpasażerom i powrócić do dalszej lektury bez obaw, że zgubi się wątek. I nawet marysuizm Anny nie kuł aż tak w oczy, choć bohaterka nie zyskała sobie mojej sympatii (jestem zbyt zazdrosna o jej urodę, żeby ją polubić! ;p). Czytelnicy o skłonnościach takich jak moje, czyli o zazdroszczenie głównym bohaterom wspaniałych umiejętności, przygód, wydarzeń i całego miasteczka przyjaciół (dosłownie!), będą rwać włosy z irytacji. Ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zagryźć zęby!
Fabuła nie pędzi na złamanie karku- ot płynie sobie jak leniwy strumyk, zahaczając o wystający pień drzewa, lub zatrzymując się na chwilę na pogawędkę z rybą. Czytelnik nie znajdzie tutaj nagłych zwrotów akcji przyprawiających o kołatanie serca. W zamian za to przyjdzie mu towarzyszyć Annie w wybieraniu kafelków i rozkoszowaniu się szarlotką w „Kujawiance”. Ale mimo wszystko takie nic większego do życia nie wnoszące opisy potrafią być przyjemne, a biorąc pod uwagę czekające na rogu retrospekcje, można je znieść bez narzekania. Maria Ulatowska posiada talent do zatrzymania przy sobie czytelnika nawet przy nużących momentach. Przyjemny styl autorki nie pozwala oderwać się od „Sosnowego dziedzictwa” i delikatnie kołysze zmęczonego pracą lub szkołą czytelnika.
Tytuł tej książki wydaje mi się zbyt patetyczny do treści. Kiedy po raz pierwszy go zobaczyłam, przed oczami stanął mi zamek ze strzelistymi wieżami, a aura bynajmniej nie była słoneczna. Razem z przeczytaniem pierwszej strony „Sosnowego dziedzictwa”, moje naiwne wyobrażenie odeszło w cień i zastąpił je uroczy widok szlacheckiego dworku nad brzegiem jeziora. Mimo wszystko, z lektury można coś wynieść- Maria Ulatowska sugeruje, że miłość powinna dojrzewać jak najdłużej, ogrzewana z początku promieniami przyjaźni, jeśli chcemy zbierać z niej wartościowe owoce.
„Sosnowe dziedzictwo” pozostawia mnóstwo niedopowiedzeń, ale chyba nie będę z niecierpliwością czekać do maja, kiedy to ma ukazać się druga część- „Pensjonat sosnówka”. Historia przedstawiona przez Marię Ulatowską podobała mi się, ale nie zafascynowała mnie jakoś szczególnie- ot, kolejna lekka i przyjemna lektura, o której zapomnę w przeciągu tygodnia. Gdyby nie „Włóczykijka” pewnie nie sięgnęłabym po „Sosnowe dziedzictwo”. Myślę, że nie straciłabym wiele, chociaż każda chwila odprężenia jest teraz na wagę złota. Dlatego uważam, że ta pozycja powinna dalej wędrować we „Włóczykijce”- żeby nieść czytelnikom miłe chwile relaksu.



Książka z akcji Włóczykijka przekazana przez wydawnictwo Prószyński i S-ka. :)