niedziela, 23 stycznia 2011

"Flush. Biografia" Virginia Woolf

Tytuł: „Flush. Biografia”
Tytuł oryginału: ‘Flush. A Biography’
Autor: Virginia Woolf
Rok wydania: 1933
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 110
Cena: około 27 zł
Moja ocena: 5


„Flush” leży w szufladzie opatrzonej naklejką „lekkie i ciekawe”, bo właśnie tak się go czyta- lekko. Ponoć dobry pisarz sprawia, że dzięki jego słowom czytelnik jest w stanie poczuć to, co on podczas tworzenia książki. W przypadku psiej biografii, musi być to niemałe kłamstwo, bowiem Woolf nad „Flushem” męczyła się niemiłosiernie. W sobotę 29 kwietnia 1933 roku Virginia dała upust swojej frustracji i w swoim dzienniku określiła tę książkę jako „niemądrą” twierdząc, że męczy ją już jej ciągłe poprawianie. Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że we wcześniejszych wpisach wyznała, że pisanie „Flusha” nie było poprzedzone żadnymi głębszymi przemyśleniami- po prostu chciała zrobić sobie przerwę od „cięższych” książek, rozerwać się trochę. I tutaj wcześniejszy cytat mimo wszystko znajduje zastosowanie, ponieważ czytając o losach sympatycznego spaniela, niejednokrotnie moje usta wykrzywiały się w szerokiego „banana”.
Romans Elizabeth Barret miał niezwykle romantyczny przebieg. Ona zamknięta w pokoju przez swojego ojca-tyrana, on zakochany w jej wierszach i w niej samej również. Pewnego dnia dostaje list „kocham pani wiersze i panią także kocham”, a potem korespondencja zaczyna się rozwijać. I z tej właśnie korespondencji, rodzi się „Flush”. Flush jest spanielem, bez „czuba”, pochodzącym z powszechnie szanowanego rodu. Mieszka niedaleko Reading, w Three Mile Cross. Wiedzie szczęśliwe życie z małym potknięciem- zniesławia pewną suczkę i zostaje ojcem w wieku ledwie nastoletnim (powszechne dziś zjawisko dawniej szokowało bardzo). Grzech ten jednak zostaje mu wybaczony i Flush trafia na londyńskie salony, a ściślej- do londyńskiej sypialni, gdzie staje się poetyckim natchnieniem i świadkiem losów przyszłej pani Browning. Jego życie, pełne przygód i napięć, zostało barwnie opisane przez Woolf, krok po kroku, uczucie po uczuciu.
Ironia. „Flush” przypomina pod tym względem jabłko w lukrze- ocieka nim ale jednocześnie jest smaczny i chciałoby się go jeść, jeść, jeść.. Dodatkiem do tej mieszanki jest przystępny styl chociaż, jak to u Virginii bywa, wymaga ciągłego skupienia. Wystarczy jedna mucha, jedna stłuczka za szybą tramwaju i bach!, czytelnik musi wracać dwie strony dalej, bo słowa były tylko słowami. Nie chcę żadnego ze zgromadzonych tutaj do tej książki uprzedzić (a jeśli tak jest, niechaj smażę się w piekle), stała koncentracja jednak jest rekwizytem niezbędnym do przeprawy przez „Flusha”- uzbrojenie się w nią zostaje potem obficie wynagrodzone!
No i te podróże, działające na wyobraźnię opisy miejsc, zapachów i wydarzeń- to jest to, co Rapsodia lubi najbardziej! Nagromadzenie przymiotników niekiedy wydawało mi się nieco irytujące, ale pompatyczny charakter tej książki między innymi właśnie tego wymagał, więc wybaczam Ci, Virginio!
Wracając z „wyżyn intelektualnych”, doszłam do wniosku, że Znak ma bardzo ładne książki. Seria „50 na 50” miło „leży w ręce”.  Moje wydanie „Flusha” przetrwało próbę ogniową, pozostawiając po sobie kilka wgnieceń i zadrapań ale nadal nie wstydzę się go pożyczać. Problem z gubiącą się zakładką został rozwiązany i ładna, gustowna wstążka wystaje niczym spanielczy ogon spomiędzy stron. Naprawdę mogę śmiało powiedzieć, że to ładna, bardzo ładna książka!
Od zawsze patrzyłam na Grubego, mojego buldoga, jak na stworzenie przeżywające moralne udręki i głębokie namiętności ale od dziś patrzę na niego także jak na filozofa, poetę i artystę- a to wszystko dzięki Flushowi.