Słysząc
nazwisko Erica Emmanuela Schmitta, przed oczami przez długi czas stawała mi
tylko jedna książka- „Oskar i pani Róża”.
Moja znajomość z tym autorem zaczęła się dzięki mojej polonistce, która
poprosiła mnie i moich przyjaciół o przerobienie „Oskara i pani Róży” na
scenariusz teatralny.. Pewnie moja przygoda ze Schmittem zakończyłaby się rychło, gdyby nie moja mama,
która podsunęła mi „Marzycielkę z Ostendy”. Długo nie musiała mnie zachęcać.
Następną książką francuskiego pisarza, jaką pochłonęłam była „Ewangelia według
Piłata” i jest to chyba jedna z moich ulubionych książek. Z opowiadaniami
Schmitta spotykam się po raz drugi w „Trucicielce”, która raczej mnie nie
urzekła, ale pozwoliła na kilka miłych godzin po prostu odpłynąć.
Urodziła się w Rocca
Pocena we Włoszech i jest patronką w sprawach beznadziejnych. Św. Rita, bo o
niej mowa, od dziecka kochała modlitwę, praktykowała umartwienia, odmawiała
sobie wszystkiego, nawet pożywienia, by móc wspierać obficiej ubogich. Jej
pragnieniem było wstąpić do klasztoru, lecz ulegając woli rodziców wyszła za
mąż aby stać się wzorem i przykładem dla mężatek i matek. Odmieniła swą łagodnością
porywcze serce męża i w chwili w której pojednał się z Bogiem, został
zamordowany. Dwaj synowie chcieli pomścić śmierć ojca, jednak dzięki modlitwom
matki przebaczyli zabójcy i wkrótce zmarli. Rita postanowiła wtedy wstąpić do
klasztoru, lecz dwukrotnie jej odmówiono. Dopiero kiedy pewnej nocy ukazali się
jej trzej święci (św. Jan Chrzciciel, św. Augusty i św. Mikołaj z Tolentino) i
otworzyli przed nią bramy klasztoru, siostry Augustynki zgodziły się ją
przyjąć. Po jej śmierci miały miejsce liczne cuda. Św. Rita stała się
inspiracją dla wielu artystów, między innymi dla Erica Emmanuela Schmitta,
którego opowiadania zawarte w „Trucicielce” spaja właśnie postać tej świętej.
Sprawy w jakich
podejmuje się Schmitt w swojej najnowszej książce są rzeczywiście beznadziejne.
Tytułowa bohaterka to starsza kobieta zafascynowana młodym księdzem. Przed laty
popełniła ona zbrodnie do których nie chce się przyznać. Druga historia
opowiada o marynarzu, który powracając do domu dowiaduje się, że jedna z jego
córek nie żyje, nie wiadomo jednak która. Trzecie opowiadanie jest o dwóch
muzykach, których losy przeplatają się ze sobą. Porównywani są do Kaina i Abla,
jednak z czasem ofiara zamienia się w kata. Ostatnia opowieść mówi o dojrzałej
miłości pewnej pary prezydenckiej. Poza tym dla wytrwałego czytelnika czeka na końcu pamiętnik autora, w którym
opisuje między innymi uczucia jakie towarzyszyły mu przy pisaniu kolejnych opowiadań.
„Trucicielka” zawiera w
obie proste opowieści. Nie ma tu skomplikowanych opisów, wielu elementów, a
jednak historie są ciekawe. Należy pamiętać, że opowiadanie to prawdziwe
wyzwanie dla autora- musi on w paru słowach streścić cały świat bohaterów.
„Opowiadanie
jest szkicem powieści, powieścią, z której wykreślono wszystko, co zbędne.*
Moje ulubione opowiadanie z tej książki, to chyba „Trucicielka”.
Opowiada ona nie tylko historię pewnej fascynacji, ale także pokazuje, że
człowiek i jego forma ma moc sprawczą. Marie to nie tylko obraz pewnej
zbrodniarki, ale także kobiety, którą pociąga dobroć i niewinność.
Kończąc, styl autora
jest tak samo dobry, jak w innych jego książkach, ale zabrakło mi iskierki,
dzięki której mogłabym powiedzieć „rewelacja”. Jak zwykle jest tu trochę patosu,
trochę religijnego podejścia do spraw. Ale książka ta nadaje się niewątpliwie
na długie, deszczowe wieczory, ot tak, dla odprężenia.
