środa, 3 sierpnia 2011

"Trucicielka" Eric-Emmanuel Schmitt




Słysząc nazwisko Erica Emmanuela Schmitta, przed oczami przez długi czas stawała mi tylko jedna książka- „Oskar i pani Róża”.  Moja znajomość z tym autorem zaczęła się dzięki mojej polonistce, która poprosiła mnie i moich przyjaciół o przerobienie „Oskara i pani Róży” na scenariusz teatralny.. Pewnie moja przygoda ze Schmittem  zakończyłaby się rychło, gdyby nie moja mama, która podsunęła mi „Marzycielkę z Ostendy”. Długo nie musiała mnie zachęcać. Następną książką francuskiego pisarza, jaką pochłonęłam była „Ewangelia według Piłata” i jest to chyba jedna z moich ulubionych książek. Z opowiadaniami Schmitta spotykam się po raz drugi w „Trucicielce”, która raczej mnie nie urzekła, ale pozwoliła na kilka miłych godzin po prostu odpłynąć.
Urodziła się w Rocca Pocena we Włoszech i jest patronką w sprawach beznadziejnych. Św. Rita, bo o niej mowa, od dziecka kochała modlitwę, praktykowała umartwienia, odmawiała sobie wszystkiego, nawet pożywienia, by móc wspierać obficiej ubogich. Jej pragnieniem było wstąpić do klasztoru, lecz ulegając woli rodziców wyszła za mąż aby stać się wzorem i przykładem dla mężatek i matek. Odmieniła swą łagodnością porywcze serce męża i w chwili w której pojednał się z Bogiem, został zamordowany. Dwaj synowie chcieli pomścić śmierć ojca, jednak dzięki modlitwom matki przebaczyli zabójcy i wkrótce zmarli. Rita postanowiła wtedy wstąpić do klasztoru, lecz dwukrotnie jej odmówiono. Dopiero kiedy pewnej nocy ukazali się jej trzej święci (św. Jan Chrzciciel, św. Augusty i św. Mikołaj z Tolentino) i otworzyli przed nią bramy klasztoru, siostry Augustynki zgodziły się ją przyjąć. Po jej śmierci miały miejsce liczne cuda. Św. Rita stała się inspiracją dla wielu artystów, między innymi dla Erica Emmanuela Schmitta, którego opowiadania zawarte w „Trucicielce” spaja właśnie postać tej świętej.
Sprawy w jakich podejmuje się Schmitt w swojej najnowszej książce są rzeczywiście beznadziejne. Tytułowa bohaterka to starsza kobieta zafascynowana młodym księdzem. Przed laty popełniła ona zbrodnie do których nie chce się przyznać. Druga historia opowiada o marynarzu, który powracając do domu dowiaduje się, że jedna z jego córek nie żyje, nie wiadomo jednak która. Trzecie opowiadanie jest o dwóch muzykach, których losy przeplatają się ze sobą. Porównywani są do Kaina i Abla, jednak z czasem ofiara zamienia się w kata. Ostatnia opowieść mówi o dojrzałej miłości pewnej pary prezydenckiej. Poza tym dla wytrwałego czytelnika  czeka na końcu pamiętnik autora, w którym opisuje między innymi uczucia jakie towarzyszyły mu przy pisaniu kolejnych opowiadań.
„Trucicielka” zawiera w obie proste opowieści. Nie ma tu skomplikowanych opisów, wielu elementów, a jednak historie są ciekawe. Należy pamiętać, że opowiadanie to prawdziwe wyzwanie dla autora- musi on w paru słowach streścić cały świat bohaterów.

„Opowiadanie jest szkicem powieści, powieścią, z której wykreślono wszystko, co zbędne.*

Moje ulubione opowiadanie z tej książki, to chyba „Trucicielka”. Opowiada ona nie tylko historię pewnej fascynacji, ale także pokazuje, że człowiek i jego forma ma moc sprawczą. Marie to nie tylko obraz pewnej zbrodniarki, ale także kobiety, którą pociąga dobroć i niewinność.
Kończąc, styl autora jest tak samo dobry, jak w innych jego książkach, ale zabrakło mi iskierki, dzięki której mogłabym powiedzieć „rewelacja”. Jak zwykle jest tu trochę patosu, trochę religijnego podejścia do spraw. Ale książka ta nadaje się niewątpliwie na długie, deszczowe wieczory, ot tak, dla odprężenia.
* "Trucicielka" Eric Emmanuel Schmitt, Znak litera nova, Kraków 2011, str. 237

Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak litera nova. 

Jak Wam wakacje mijają? :) Bo mi baaardzo leniwie, nawet recenzje wypluwam z siebie resztkami sił. ;) Buziaki!