Tytuł: „Orlando”Tytuł oryginału: ‘Orlando’
Autor: Virginia Woolf
Rok wydania: 1928 na świecie, w Polsce 1994
Wydawnictwo: Znak (2008)
Liczba stron: 238
Cena: 27 (dostępna tylko w miękkiej oprawie)
Moja ocena: Warto przeczytać!!
Opis:
„Co może łączyć szesnastoletniego chłopca, ulubieńca królowej Elżbiety, oraz trzydziestosześcioletnią pisarkę tworzącą w drugiej dekadzie dwudziestego stulecia? Młody mężczyzna i dojrzała kobieta, Orlando i Orlanda, choć żyją w różnych epokach i różnych wcieleniach, są jedną i tą samą osobą.
Orlando, gen derowa powieść o dwoistości ludzkiej istoty, naturze czasu i płynności granic pomiędzy światem rzeczywistym a wyobrażonym, jest zaliczana do klasyki literatury dwudziestego wieku.”
Virginię Woolf odkryłam w dość specyficzny sposób- przy obiedzie sięgnęłam po gazetę babci i przeczytałam w niej o Nicole Kidman, która do roli w „Godzinach” musiała nosić sztuczny nos. Artykuł skłonił mnie do obejrzenia tego filmu, w którym zaintrygowała mnie postać Virginii.
Pierwszą książką po którą sięgnęłam była „Pani Dalloway”. Potem wiele, wiele niedokończonych przeze mnie, aż do „Orlanda”, który wprost mnie zachwycił.
Jak każde dzieło Virginii, tak i to jest trudne w odbiorze. Pełno w nim metafor i wizji, które mieszają się z rzeczywistością świata zawartego w utworze, dlatego nieuważny czytelnik może się pogubić. Wielokrotnie musiałam wracać do poprzednich akapitów, a nawet cofać się o kilka stron do tyłu, bo moje myśli odpłynęły za daleko. „Orlando” wymaga stałej koncentracji, co niestety zbija z nóg.
Virginia Woolf należy do grona moich ulubionych autorów nie tylko ze względu na światy, jakie tworzy, ale także na styl pisania. Artystka nawiązuje niesamowity kontakt z czytelnikiem i niszczy oficjalny klimat, który pojawia się w wielu książkach. Miałam wrażenie, że siedzę w kawiarni przy filiżance kawy i wsłuchuję się w swobodnie snutą historię.
Mimo, że sama fabuła jest ciekawa, nie jest to lektura dla miłośników książek przygodowych, bowiem całość przybrana jest w rozważania na temat życia, sztuki, a przede wszystkim tożsamości społecznej. Autorka pokazuje, że proces dojrzewania człowieka nie kończy się z momentem osiągnięcia fizycznej dojrzałości, ale trwa przez całe życie podobnie jak poszukiwanie własnego „ja”. Losy Orlanda są jedną wielką metaforą, którą każdy musi odkryć sam.
Na końcu byłam już trochę zmęczona „Orlandem”, ale udało mi się dobrnąć do końca. Życzę tego każdemu czytelnikowi, który zechce zagłębić się w twórczość Virginii.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz